chciałabym urodzić w domu

urodziłam swoje dziecko siłami natury i w głębi serca czuję z tego powodu satysfakcję, chociaż żadna w tym moja zasługa. 

wydaje mi się, że dużo mówi się o cesarkach na życzenie, słabych i miękkich kobietach, które nie chcą już rodzić naturalnie, wymyślają sobie wskazania i tak dalej. z mojej perspektywy jest jednak mnóstwo kobiet, które marzą o porodzie naturalnym, a z mniej lub bardziej uzasadnionych powodów są odsyłane na salę operacyjną, gdzie witają swoje dziecko. kobiet, które po cesarskim cięciu czują się niepełnowartościowe, odczuwają jakiś niedosyt, przeżywają to jako porażkę.

trudno było mi to zrozumieć i zawsze uważałam, że takie dziewczyny niepotrzebnie się zadręczają, ale potem sama urodziłam dziecko naturalnie i gdzieś w środku ta świadomość daje mi spokój. ale wiem też, że powinnam raczej mówić: udało mi się urodzić, bo do szczęśliwego rozwiązania doprowadził szereg różnych czynników, które absolutnie nie zależały ode mnie.

[ dygresja feministyczna: uważam, że w naszym kręgu kulturowym za bardzo się ocenia dziewczyny po ich zdolnościach rozrodczych, za szeroko komentuje, jak która wygląda w ciąży, ile przybrała, jak się świetnie czuła po porodzie, ile dzieci urodziła, z uszczerbkiem lub bez uszczerbku na figurze; sama nie jestem bez winy, ale doświadczenie ciąży aż nadto uświadomiło mi, że to naprawdę jest niezależne od ludzkiej woli. po prostu brzuch rośnie jak chce, dziecko układa się jak chce i nie można tym mierzyć czyjejś kobiecości. ]

i to było tak: urodziłam dziecko na porodówce w państwowym szpitalu, który jest dosyć popularny, ma dobre opinie na stronie rodzić po ludzku i wybrałam go po grubych rozkminach. myśl o porodzie domowym nawet mi nie zaświtała, mimo że chodziłam na jogę dla ciężarnych do pani, która urodziła w domu (i to po cesarce!) i opowiadała o tym bardzo zadowolona. było to dla mnie dziwne, te wypowiedzi w stylu “w domu czuję się bardziej bezpiecznie” – mi wydawało się, że bezpieczniej będę się czuła w szpitalu, który jest przygotowany na wszelkie ewentualności.

potem okazało się, że szpital to skrajnie nieprzyjazne środowisko. pewne procedury są po prostu głupie. w żaden sposób niepoparte badaniami naukowymi albo wręcz przez te badania obalone. personel jest zwyczajnie niemiły. czy poród to mistyczne doświadczenie? nie. czy poród to traumatyczne przeżycie? nie.

dużo teraz o tym myślę, bo rodziłam rok temu, w podobnej aurze. moja przyjaciółka urodziła przed tygodniem. myślę o drugim dziecku. powoli mój czas w domu się kończy i wrócę do pracy, więc w naturalny sposób podsumowuję, co się wydarzyło, jak było.

i chciałabym urodzić następne dziecko w domu. gdzie nikt by mnie nie popędzał, nie stał nade mną z kroplówką z oksytocyną, urodzonego noworodka nikt by nie ważył sto razy dziennie, nie zabierał ciągle na jakąś głupią pielęgnację, nie czyhał z butelką pełną mleka modyfikowanego. urodziłabym sobie w swoim tempie, przytuliła dziecko, poszłabym spać – w swoim łóżku, bez współlokatorki z innym dzieckiem, które ciągle płacze albo przychodzi do niej rodzina, która ciągle gada. poród pozostałby intymnym doświadczeniem, tak jak połóg i początki macierzyństwa.

czy zbieram już kasę na poród w domu? (swoją drogą, to dosyć droga sprawa) nie, bo pewnie nigdy się nie zdecyduję. zwolennicy stuprocentowo naturalnych porodów usiłują tworzyć obraz świata bez chorób, powikłań, wypadków. a ja za bardzo jestem ich świadoma, żeby następnym razem ze skurczami nie zapukać znowu drzwi izby przyjęć.

zresztą, moja córka urodziła się sina i niełapiąca oddechu. położono mi ją na piersi, pani neonatolog smyrała ją po nóżce, żeby trochę pobudzić, a ona krztusiła się i nie nabierała koloru. prosto z mojej klatki piersiowej trafiła do inkubatora z podwyższonym stężeniem tlenu, dostała antybiotyk do żyły i po paru dniach była nie do odróżnienia od innych, urodzonych z dziesięcioma punktami bobasów. wrodzone zapalenie płuc to tylko jedna z rzeczy, która może pójść nie tak przy porodzie. czyli dobrze, że byłam tam, gdzie byłam.

a jednak zazdroszczę kobietom, które urodziły w domu: pewności, że wszystko będzie dobrze, niezakłóconego spotkania z własnym dzieckiem, braku tej irytującej kontroli nad jego stanem.

może więc ja też mam po wszystkim jakiś niedosyt.