urlop macierzyński – blaski i cienie

za oknem leży gruba wartstwa pierwszego śniegu, a ja się coraz bardziej cieszę na powrót do pracy. kupuję sobie nowe ciuchy, które nie są legginsami, zastanawiam się, czy nie zrobić sobie paznokci i rozważam odstawienie dziecka od piersi. dociera do mnie, że cały urok urlopu macierzyńskiego polega na tym, że kiedyś się on kończy.

poza światem

kiedy wcześniej miałam takie uczucie bycia poza społeczeństwem? jak na obozie harcerskim miałam wartę w nocy albo w dzień, po tym jak wszyscy odsypiali grę nocną. wszyscy spali, a ja nie. niby się jest w grupie ludzi, ale wszyscy robią coś innego. wokół szumi las…

na urlopie macierzyńskim obowiązują inne pory wstawania i kładzenia się spać, inne ramy czasowe obowiązków – w zasadzie ciągle się coś robi i ciągle ma się czas wolny. jak na warcie – niby nic nie robisz, a z miejsca się ruszyć nie możesz.

można (a nawet trzeba) jednoczyć się z innymi kobietami w tej samej sytuacji, ale – tu moje odkrycie – to, że ktoś ma dziecko w tym samym wieku nie czyni z niego od razu twojej bratniej duszy. zresztą, w tym wieku się już tak łatwo nie nawiązuje znajomości.

dostrzegam jasno to, że jedna kobieta zamknięta z jednym (lub więcej niż jednym) dzieckiem na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych to nie jest naturalna sytuacja i że nie jest to sytuacja korzystna dla którejkolwiek ze stron. są chwile, kiedy chciałoby się mieszkać na kupie w jakiejś komunie z biegającymi wokół dzieciakami, pomocnymi nastolatkami, wtrącającymi się starszymi kobietami. czasem ta sytuacja, że cała odpowiedzialność za tego małego człowieka spoczywa na jednej jedynej osobie, a tą osobą jestem np. ja – jest nie do zniesienia.

przepaść między kobietą a mężczyzną

mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem. poznaliśmy się na studiach, gdzie byliśmy razem na roku i szło nam podobnie przeciętnie. urodziliśmy się w odległości niecałego miesiąca od siebie, wyglądamy podobnie, mamy podobne wyniki w sporcie (słabe), lubimy podobne rzeczy, zarabiamy podobnie, jesteśmy na podobnych specjalizacjach. przez większość czasu byliśmy sobie równi, nie było między nami żadnej rywalizacji ani różnicy, a tu bach! powstaje wyrwa między nim a mną i ta wyrwa się poszerza z każdym dniem. nie dość, że najpierw musiałam osłabnąć fizycznie na ponad 9 miesięcy to teraz przez rok zajmowałam się rzeczami poniżej moich kwalifikacji, a on się rozwijał, doszkalał, zaczął zarabiać wyraźnie więcej.

poza tym ta codzienność: on dziś uratował komuś życie, a przynajmniej zdrowie psychiczne, ja – znowu ugotowałam niedobry obiad. on zarobił kilkaset złotych na dyżurze, ja obejrzałam całą ramówkę bbc i naświetliłam moje dziecko promieniami z telewizora (proszę, nie wzywajcie opieki społecznej…). on opowiada mi ciekawe przypadki z izby przyjęć, ja mogę opowiedzieć, co było dziś w warzywniaku dobrego.

serio, chwilowo nie mogę tak dłużej.

można było zrobić to lepiej

w zasadzie urlop macierzyński to taki czas, w którym trzeba się jakoś odnaleźć i zorganizować i koniec końców okazuje się, że na pewno ktoś to zrobił lepiej. czytałam w internecie, że jestem frajerem, jeśli moje dziecko nie ma ustalonego rytmu dnia, ktoś sobie zaprogramował niemowlaka i proszę – jak dziecko śpi to prowadzi firmę, sprząta cały dom i gotuje ekologiczne obiady. albo chcieć to móc – ktoś wstawał o czwartej rano i miał aż dwie godziny dla siebie! inna osoba nie miała skrupułów, żeby zostawiać dziecko z kim popadnie, żeby pójść na fitness, bo trzeba dbać o siebie. w zasadzie jeśli coś ci nie pasuje to raczej twoja wina.

ulżyło mi ostatnio jak słuchałam audycji w radiu o pracujących matkach i kobieta powiedziała, że nie da się prowadzić firmy z niemowlakiem pod pachą. no, może kilka miesięcy, jeśli sporo śpi, a potem trzeba zorganizować sobie kogoś do pomocy.

nie da się! magiczne trzy słowa. nie da się. dziękuję, pani z radia.

niech mi ktoś da koronę

wychowana w systemie nagród i kar tęsknię trochę za orderem z ziemniaka albo gwiazdką na koronie za dobre sprawowanie. niestety nic takiego w tym przypadku nie występuje. ktoś powie: uśmiech dziecka jest najpiękniejszą nagrodą, ale błagam – przecież dziecko uśmiecha się tak samo do matki, która karmi go czekoladą i nosi przodem do świata w wisiadle.

za to chętnych do nadzoru i krytyki jest wielu. obszarów, na których można wtopić też. lista potencjalnych grzechów matki jest długa  – czasem wydaje mi się, że jak moje dziecko oglądało ze mną “doctora who” albo zjadło ciasteczko albo montowałam fotelik samochodowy na stelaż wózka to równie dobrze mogłam zaprosić do siebie grupę narkomanów i palić przy nim papierosy i nie tylko.

trzeba ubrać się w twardy pancerz asertywności, zbudować sobie samemu pewność siebie i spróbować nie zwariować.

najjaśniejszy blask

podsumowanie całego czasu w domu byłoby raczej na minus i cały wywód byłby jednoznaczny, gdyby nie to, że moja córka to jakiś cud natury.

jest to bezsprzecznie najładniejsze dziecko świata. jest bardzo spokojna i wesoła. robi różne śmieszne rzeczy. ostatnio śmieje się ugniatając mój pociążowy brzuch albo tańczy niezdarnie machając swoim malutkim ciałem.

jest do bólu słodka. jest jak plaster na wszelkie dolegliwości. zachwycająca, oszałamiająca mieszanka genów moich i mojego najlepszego przyjaciela.

jak leżymy wieczorem w łóżku to mój mąż mówi: rany, ona jest taka cudowna. naprawdę, miejmy więcej dzieci.

to jak będzie?