rowerem do pracy

jak tylko zaczęło się robić rankami jasno i ciepło – czyli jakieś trzy miesiące temu – wpadłam na pomysł, żeby odkurzyć rower mojego męża kupiony za nasze ślubne pieniądze i wykorzystać go jako środek transportu do pracy. z mojego osiedla w mieście A do szpitala psychiatrycznego w ponurej dzielnicy w mieście B jest równo dziesięć kilometrów, czyli akurat tyle, żeby się trochę zmęczyć, ale jakoś dojechać przed ósmą rano. przez ten czas opracowałam optymalną trasę (zbyt duży ruch – odpada, ponure jeziora, gdzie nie ma żywej duszy – odpadają, drogi gruntowe – może przy innym rowerze itp.), wybrałam odpowiedni strój i wymyśliłam jakiś system przewożenia rzeczy i doprowadzania się do stanu przyzwoitego wyglądu w łazience na oddziale.

internet oczywiście zachęcał mnie od pewnego czasu do podjęcia tego wyzwania, używając argumentów w stylu:

Znalezione obrazy dla zapytania spala tłuszcz pieniądze rowerZnalezione obrazy dla zapytania spala tłuszcz pieniądze rowerWybór należy do ciebie –

tłuszcz, pieniądze, pieniądze i tłuszcz.

w kwestii finansowej: okazało się, że pięć dni jeżdżenia na rowerze zamiast samochodem sprawiają, że oszczędzam niecałe dwadzieścia złotych. w skali miesiąca, w którym nie byłoby żadnego dnia, kiedy z nieba leje się deszcz lub niemiłosierny żar (a w naszym kraju taki miesiąc nie istnieje) korzyść finansowa przy moim – wcale niemałym! – dystansie nie przekroczyłaby stu złotych. drugą kwestię pominę, ponieważ jest to w moim życiu temat tabu, dość powiedzieć, że efekt jest podobny do tego finansowego czyli mierny, niepozorny, niewarty zachodu.

czyli jest tak, że nie jeżdżę na rowerze dla pieniędzy, nie jeżdżę dla świetnej figury.

jeżdżę dla przyjemności.

jest to jedyny sensowny powód i jedyna rzecz warta wstawania pół godziny wcześniej przy moim trybie życia składającym się z intensywnej pracy intelektualno-emocjonalnej do popołudnia (lekarz), a następnie intensywnej pracy intelektualno-emocjonalno-fizycznej do wieczora (mama dwudziestomiesięczniaka).

przyjemność bierze się z dwóch rzeczy.

po pierwsze – uważność. w wieku dziecięcym i nastoletnim jeździłam dużo na obozy harcerskie, gdzie spałam pod namiotem w lesie przez dwa czy trzy tygodnie i towarzyszyło mi tam ciągłe zdumienie – mniej więcej takie: “deszcz naprawdę TAK MOCNO PADA?!”, “o dwudziestej drugiej naprawdę jest jeszcze trochę jasno?!”, “o czwartej rano naprawdę jest już w zasadzie zupełnie jasno?!”, “o pierwszej w nocy naprawdę jest tak bardzo ciemno?!”, “w lesie naprawdę jest cały czas tak głośno?!” i tak dalej. odtwarzam sobie to na trochę mniejszą skalę jeżdżąc rowerem do pracy. o siódmej rano powietrze jest rześkie, czasem jest zimno i oddech paruje, tego samego dnia o piętnastej jest bardzo gorąco albo uciekam pedałując przed dużymi kroplami deszczu. w mieście A mieszkam od dwóch lat, nie znam go jeszcze dobrze. podczas opracowywania najlepszej trasy (przez które zaliczyłam też parę spóźnień) zabłąkałam się w jakieś nieznane osiedla, pytałam o drogę mieszkańców wyprowadzających psy. przyglądam się trasie dokładnie: gdzie jest w górę, gdzie w dół, mijam ludzi, jeziora, drzewa, no – tego typu doznania.

po drugie – sprawność. po ciąży, która jest jednak stanem pewnej niepełnosprawności i po intensywnym czasie noszenia lubiącego bliskość dziecka i niedosypiania odczuwam pewną przyjemność z tego, że mam siłę na prawdziwy sport. że daję radę, że mi się chce, że z dnia na dzień ten sam odcinek zajmuje mi krótszy czas i pokonanie go wymaga mniej wysiłku.

suma summarum, jak przekładam nogę przez ramę (bo to w końcu męski rower!) po skończonej jeździe, myślę sobie: “zrobiłam to dla siebie”.