dzikie dziecko czyli moja filozofia macierzyństwa 2

jakiś czas temu koleżanka widząc moje biegające boso, umorusane dziecko, ufne, odważne, stające na palcach aby sięgnąć po banana, po czym wydłubujące palcem miąższ ze skórki, powiedziała: łał, ona to jest takie dzikie dziecko. mówię to jako komplement.

inne cytaty, które przychodzą mi do głowy, gdy myślę o moich wyborach w procesie wychowania to m.in. ten z filmu ‘okja’, gdy pytają się prostego człowieka, jak udało mu się wyhodować tak wspaniałe zwierzę, o najlepszych parametrach. odpowiada: po prostu pozwalamy jej biegać wolno.

i jeszcze – ostatnio w książce o psychoterapii przeczytałam, że człowiek nie jest w stanie nic zrobić, żeby drugi człowiek się rozwinął. może mu najwyżej ten rozwój umożliwić, może najwyżej tego rozwoju nie tłumić.

i to tyle jeśli chodzi o inspiracje.

moja filozofia opieki rodzicielskiej nad dzieckiem w wieku niecałych dwóch lat opiera się przede wszystkim na tym, że na dosyć dużo jej pozwalam. nie kłócę się z nią dla zasady. nie udaję kogoś kim nie jestem. tylko tyle i aż tyle.

zrezygnowałam na przykład z celu spaceru. wychodzimy, ja włączam sobie audiobook, żeby nie umrzeć z nudów i podążam za nią. co skutkuje tym, że czasem siedzimy na schodkach przed blokiem przez godzinę. czasem oglądamy wszystkie auta na parkingu, czasem wszystkie kałuże i kamienie. pertraktacje, perswazje i rozwiązania siłowe w stylu wzięcia jej pod pachę zostawiam na sytuacje wyższej konieczności. zazwyczaj staram się, żeby nigdzie mi się nie spieszyło.

cała nasza współpraca opiera się na tym, że o ile moje dziecko nie robi czegoś niebezpiecznego albo czegoś, co mnie denerwuje (np. przez naruszanie jakichś moich granic) to pozwalam jej to robić.

wymyślam czasem twórcze zabawy, zwykle podpatrzone u kogoś w internecie, staram się ją nimi zainteresować, ona najczęściej  wybiera jednak samotne siedzenie na krzesełku na balkonie i pokrzykiwanie na przechodniów albo udawanie, że otwiera pralkę moim starym, nieaktualnym pękiem szpitalnych kluczy. generalnie rzadko coś wygląda jak w internecie.

mam gdzieś takie myśli, że fajnie byłoby, gdyby moje dziecko nie znało smaku słodyczy i z dziką ochotą rzucało się na kaszę jaglaną. fajnie by było, jakby zamiast oglądać bajki bawiłoby się w twórczy sposób ekologicznymi zabawkami, nie robiąc przy tym bałaganu. fajnie, gdyby chodziło spać o 20 do swojego łóżeczka. super, jakbym była jedną z tą twórczych mam, które potrafią godzinami wspomagać rozwój małej motoryki.

ale nie jestem. i jest jakaś ograniczona elastyczność, w ramach której mogę się zmienić do roli matki.

i pomyślałam sobie tak: a gdyby tak potraktować moje dziecko jak swojego nowego współlokatora? żyjemy z markiem jak żyjemy. czasem zamawiamy pizzę, bo nie mamy czasu gotować. czasem jemy ciastka po obiedzie. czasem oglądamy serial albo zapraszamy przyjaciół. i jakby pomyśleć tak: przybył człowiek – nie wiadomo skąd. kiedyś go nie było, a teraz jest. zamieszkał z nami. może trochę my dostosujemy się do niego, a on do nas i jakoś się dogadamy?

oczywiście, nie mam pojęcia jak to się skończy. wyobrażam sobie, że to podejście doprowadzi do tego, że za kilka lat moja córka będzie odważną, ciekawą świata, pewną siebie dziewczynką. może być też tak, że będzie jednym z tych rozkapryszonych, wiecznie niezadowolonych dzieci, oczekujących, że świat się do nich dostosuje. w tej chwili zupełnie tego nie wiem i być może przy drugim dziecku zupełnie skoryguje swój sposób myślenia. a być może drugie dziecko będzie zupełnie inne i będzie wymagało innego podejścia.

póki co patrzę na nią i nie mogłabym być bardziej dumna.

[ rok temu powstał wpis moja filozofia macierzyństwa, w którym opisałam moje wybory na wcześniejszym etapie macierzyństwa ]