ahoj, przygodo! czyli rzecz o dyżurach lekarskich

po powrocie z macierzyńskiego do pracy, a przed zajściem w następną ciążę zdążyłam zrobić kilkanaście dyżurów całodobowych w szpitalu i była to zupełna nowość w mojej karierze zawodowej. oto bowiem z pracownika, który jest nowy w szpitalu i długo był na macierzyńskim wskoczyłam do dość istotnego dla organizacji placówki grafiku. 

można myśleć o dyżurach jako o czymś absolutnie przerażającym.  niezależnie bowiem od ich formy (a wygląda to różnie, w zależności od regionu, organizacji i obłożenia szpitala) chodzi o to, że jest się jedynym lekarzem odpowiedzialnym za zdrowie i życie jakiejś – większej lub mniejszej, bardziej lub mniej chorej – grupy ludzi. okres tej odpowiedzialności trwa kilkanaście godzin – mniej więcej odkąd wszyscy koledzy z pracy pójdą do domu – do następnego ranka. nikt na całym świecie nie ma pojęcia co się w tym czasie wydarzy.

siedzę więc przed pierwszym dyżurem i pakuję do sportowej torby kosmetyczkę, śpiwór, ubranie na następny dzień i pełno rozmaitych książek medycznych, które mają mi dodać otuchy w kryzysowych sytuacjach. rozważam różne scenariusze, a że wyobraźnię mam bujną – tych scenariuszy jest wiele i zakładają rozmaite kryzysy i rzadkie schorzenia, a także katastrofy naturalne i epidemie – a to wszystko rozgrywające się w późnych godzinach nocnych. nieprzewidywalność dyżurów jest na tyle nieznośna, że popularne wśród dyżurujących są przesądy oraz myślenie magiczne – od fazy księżyca przez zwyczajowe formułki wypowiadane przed wyjściem z pracy na osobie ko-dyżuranta kończąc – od tego wszystkiego ma zależeć czy spędzimy dyżur głodni i niewyspani na izbie przyjęć obsługując wściekle przyjeżdżające karetki czy pójdziemy spać spokojni o odpoczywających w dobrej formie pacjentów.

dla mnie cztery dyżury, które zrobiłam w jednym miesiącu to było absolutne maksimum, niezależnie od tego, czy były to dyżury spokojne, koszmarne czy tzw. “takie sobie”.

a jednak są ludzie, którzy dyżurują dużo więcej. na stażu na szpitalnym oddziale ratunkowym siedziałam z chirurgiem, który miał trzy dyżury pod rząd i trzeciego dnia wyglądał już bardzo źle.  opowiadał, że zna gościa, który robił i jedenaście, ale już nie pracuje jako lekarz, bo skończył na detoksie i odwyku alkoholowym. niemniej, dyżurowanie co drugi-trzeci dzień nie jest znowu takie rzadkie; osiem, dziesięć, kilkanaście dyżurów w szpitalach i nocnej pomocy lekarskiej to dla wielu ludzi norma. ginekolog, który prowadził moją pierwszą ciążę powiedział mi kiedyś, że wyrobił w miesiącu sześćset godzin. on też pod koniec mojej ciąży wyglądał już znacznie gorzej niż na jej początku. dyżury to przecież nie tylko nieprzespane noce, to też przewlekłe napięcie, niezdrowe jedzenie i odcięcie od świata.

no ale jednak – z jakiegoś powodu ludzie się na to decydują. pewnie częściowo dla pieniędzy, ale myślę, że są mniej stresujące sposoby na zarabianie. jest trochę tak, że jakby dyżury to była tylko udręka to ‘ostry dyżur’ nie miałby 15 sezonów, a shonda rhimes nie byłaby taka bogata. jest bowiem w tej nieprzewidywalności dyżuru i w roli dyżuranta coś, co jest przeciwieństwem nudy i szarej codzienności na etacie. profesor bochenek (kardiochirug) w wywiadzie dla wrześniowych ‘wysokich obcasów extra’ mówi, że jego szefowie byli zniewoleni przez medycynę, że nie istniał dla nich świat poza szpitalem i pacjentami. wydaje mi się, że tak jak niektórzy potrzebują do życia rozrzedzonego powietrza w wysokich górach, niektórzy wiatru we włosach na żaglach, tak niektórym wystarcza szybsze bicie serca przy pierwszym kontakcie z pacjentem, szybka analiza wyników i wdrażanie odpowiedniego postępowania. i ja tak szczerze nawet nie mogę powiedzieć, że jest mi to zupełnie obce.

w moim przypadku jednak poczucie, że jestem lokalną meredith grey (bystre oko diagnozuje alkoholowy zespół abstynencyjny, przystojny kulturalny policjant patrzy z uznaniem, gdy pewnym głosem ordynuję aplikację ampułki relanium) jest równoważone przez dojmujące uczucie beznadziei, gdy m.in. trzeba pacjenta gdzieś położyć, a ja nie dysponuję wolnym łóżkiem bądź zamiast przystojnego policjanta mam do czynienia z awanturującym się (a do tego nieurodziwym) pracownikiem pogotowia albo nietrzeźwy pacjent o trzeciej w nocy domaga się innego lekarza, bo ja jestem za młoda, by mu pomóc (zaskakująco częsty zarzut).

profesor bochenek we wspomnianym wywiadzie mówi, że po 10-15 latach pracy i gdy odbyte dyżury liczymy w setkach czy tysiącach różne sytuacje przestają zaskakiwać, a uczucie, że mamy do czynienia z jakimś kryzysem i wiemy co robić (a pacjent zdrowieje!) jest na tyle przyjemne, że może uzależniać i prowadzi do wspomnianej izolacji w szpitalnym mikroświecie.

czyli dyżury mogą być przyjemne. ale nie są. powodują dyskomfort i przerażenie, frustrację i zmęczenie. trochę satysfakcji po dopłynięciu do brzegu, ale nie gdy kolejny rejs jest za dwa dni. a jednak jest tak, że ludzie pchają się na medycynę drzwiami i oknami i chcą jak serialowi lekarze czuwać na izbie przyjęć zamiast spać w wygodnym łóżku. po co? właśnie nie wiadomo.  taka to ta ludzka natura.