dwulatek czyli rzeczywiście macierzyństwo jest grą

nic nie uczyniło mnie tak przewidującą, planującą i jednocześnie kreatywną osobą jak bycie matką dwulatka.

fot. David Grandmougin na Unsplash.com

cały problem z dwulatkiem można opisać następująco: słodki bezwolny bobas wpadł na pomysł, że może mieć swoją wizję tego, jak spędzi czas i ta wizja często jest dość rozbieżna z wizją rodzica. do tej pory karmiony i przewijany, przenoszony z miejsca w miejsce – oto zyskuje kontrolę nad pewnymi obszarami swojego życia i sam nie wie co z tym zrobić. rozwiązania siłowe, w sumie oczywiste jeśli chodzi o niemowlaka , stają się trudniejsze do zastosowania przez rosnącą sprawność fizyczną, a poza tym są niezbyt polecane przez różnych speców od wychowania.

jeśli ktoś lubi czytać fora internetowe – a ja na przykład bardzo lubię – pękają one w szwach od postów zrozpaczonych matek, które opisują swoje dziecko w wieku około dwóch lat robiące utrudniające życie rzeczy takie jak: uciekanie, oporowanie przy ubieraniu, ataki histerii w miejscach publicznych, ataki histerii z powodów, delikatnie mówiąc, błahych, plucie, bicie, kopanie i rozbieranie się na mrozie. ponieważ są to sytuacje kryzysowe, często zaostrzane przez czynniki dodatkowe – takie jak ciąża matki, trudne warunki atmosferyczne lub liczny tłum gapiów – niestety, wbrew pierwotnym założeniom, wymagają użycia środków kryzysowych (“wzięłam go pod pachę – pisze ktoś – on wierzgał i wrzeszczał, sąsiedzi wyszli na balkony”, “siadłam w piaskownicy i poryczałam się”, “zostawiłam go samego w domu i zamknęłam drzwi” i tak dalej).

rzeczone posty na forach i grupach czytam chętnie, głównie jednak interesują mnie odpowiedzi. “co robić?” pyta zrozpaczona matka, a gros internetowych ekspertów – do których i ja się zaliczam – udziela odpowiedzi w różnym duchu. dzielę sobie w głowie te odpowiedzi na mądre i niemądre, godne spróbowania i te absolutnie niewchodzące w grę.

mamy do zrealizowania bowiem dwa cele:

  • cel krótkofalowy – chcemy, żeby nasz kilkulatek nie utrudniał nam za bardzo życia, pozwolił wychodzić z domu bez ryzyka zostania gwiazdą osiedla, nie powodował codziennego spóźniania się do pracy czy szarpaniny;
  • cel długofalowy – fajnie, jakby przy tym wyrósł na pewnego siebie, decydującego o sobie, asertywnego dorosłego, który zdrowo reguluje swoje emocje.

pytania brzmią: jak przełamać opór dwulatka bez złamania dwulatka? jak nauczyć go współpracy zachowując szacunek dla jego autonomii? jak zostawić mu przestrzeń do decydowania o sobie i nie oszaleć? moim zdaniem mądre podejście do problematyki życia z dwulatkiem opiera się głównie na intensywnym myśleniu, przewidywaniu i planowaniu. warto pamiętać, że dwulatek – mimo iż bywa trudnym przeciwnikiem – urodził się zaledwie dwa lata temu i ma słabe pojęcie o świecie, wielu rzeczy nie rozumie, łatwo go używając swojego sprytu i inteligencji przekonać do czegoś lub przechytrzyć.

wszystkie sytuacje z małym dzieckiem stają się momentalnie mniej stresujące jeśli je zakładam. hej, dwulatko, myślałaś że zaskoczysz mnie swoim rozpaczliwym “chcę jeść?” – ha, masz tu do wyboru trzy zdrowe przekąski, które mam w torebce. nie chcesz iść do przedszkola? no to masz pecha, bo ja akurat wstałam wcześniej i mam dużo wolnego czasu oraz  głowę pełną argumentów, które cię przekonają. heh, wiem, że chciałaś oporować przy wchodzeniu na schody, ale zanim się zorientowałaś weszłaś na drugie piętro grając w ganianego.

jak czytam czyjeś posty to łatwo mi wejść w rolę eksperta. już nie wiem co robić z tym dzieckiem! pisze ktoś. hm, to zależy co możesz zrobić – odpowiadam. masz czas negocjować – negocjuj. nie masz czasu – następnym razem zarezerwuj go więcej, a teraz bierz dziecko pod pachę. nie masz siły – wychodź jak ktoś inny jest w domu. nie miej ciężkich zakupów do wnoszenia. ubierz się odpowiednio, wysikaj, weź sobie przekąskę. próbuj różnych opcji: niech się ubiera sam, ubieraj na śpiocha, zrób mu szybki popołudniowy kurs sprawnego wychodzenia z domu, podpatruj inne matki, kopiuj dobre rozwiązania. obserwuj, co działa.

z zaskoczeniem odkryłam, że wraz z pojawieniem się wolnej woli u mojej córki aktywował się u mnie jakiś zakurzony obszar mózgu. nagle zobaczyłam siebie siebie rozważającą różne opcje cały czas, na wysokich obrotach. nigdy nie byłam zbyt przygotowaną osobą, wstawałam na ostatnią chwilę, często zadawałam sobie pytanie: śniadanie czy makijaż, w liceum spisywałam zadania na przerwie, na studiach zapominałam, że coś trzeba było przynieść na zajęcia. często słyszałam, że jestem mądra, ale chodziło głównie o to, że miałam zawsze niezłą pamięć. umiejętność kreatywnego szukania rozwiązania, analizy czynników ryzyka, przygotowywania się – nie była wspierana na żadnym etapie edukacji. nawet jako lekarz myślę raczej algorytmowo, sprawdzam w podręcznikach jak się powinno robić, postawiona w nieznanej sytuacji najczęściej dzwoniłam do kogoś bardziej doświadczonego, bo wydawało mi się, że nie powinnam sama czegoś wymyślać.

a tu – proszę! okazuje się, że jednak umiem. w niektórych sytuacjach poradziłam sobie tak dobrze, że nie mogłam potem wyjść z podziwu dla własnego geniuszu (wiecie, macierzyństwo to taka dziedzina życia, że nikt ci nie da szóstki z koroną, dlatego trzeba sobie ją dać czasem samemu). opieka nad niemowlakiem wprowadziła mnie w pewnego rodzaju letarg intelektualny, opieka nad dwulatkiem to prawdziwy tor przeszkód z wyzwaniami. pisałam już raz, że macierzyństwo jest grą. okazuje się, że później gra staje się dużo bardziej wymagająca, ale przez to też – sprawiająca więcej frajdy.

a wracając jeszcze do forów internetowych – napisałam na początku, że niektóre odpowiedzi na pytania zmartwionych matek są nie do przyjęcia. ja w ogóle stan matki, która pyta “ratunku, co robić?” doskonale rozumiem – mnie samą dużo rzeczy zaskakuje i nie mam koncepcji, jak zareagować. są jednak ludzie, którzy poruszają się tylko w obszarach algorytmów i podręcznikowego “tak trzeba”. komentują sytuację: “ja bym w życiu nie pozwoliła, żeby dziecko się tak do mnie odezwało”, “nie dałabym gówniarzowi śniadania, będzie głodny w szkole to się nauczy szacunku do matki”, “dziecko powinno spać o 20 w swoim łóżeczku i jak to zaniedbaliście jak miało 3 miesiące to teraz się nie dziwcie, że wam włazi na głowę”. pełne wyższości i pogardy spojrzenie na zmagających się rodziców, które sugeruje, że to wszystko jest takie proste.

a naprawdę (naprawdę!) takie nie jest.

________________________________

i uwaga! ogłoszenie!

blog ma fanpage:

jak ktoś chce być na bieżąco to można kliknąć “lubię to!” – będę tam wrzucać nowe posty, kiedy się pojawią. oczywiście lekko drżę przed tym ruchem, ale co mi tam.