słowniczek psychiatryczny: sztywność

w medycynie w różnych dziedzinach używa się pojęcia “sztywność” – jako opisu patologicznego objawu – w odniesieniu do tkanek, które powinny jakoś się zachowywać (zmieniać, pracować, być elastyczne), a tego nie robią. mamy więc np. sztywne mięśnie (nadmiernie napięte, co skutkuje bólem i upośledzeniem funkcji jakiegoś obszaru), sztywne tętnice (zmniejszając elastyczność prowadzą do zaburzeń ciśnień i prędkości przepływu krwi) , sztywne (niereagujące na  światło i inne bodźce) źrenice.

fot. Kira auf der Heide na Unsplash.com

w psychiatrii też się czasem mówi, że ktoś jest sztywny i tak bardzo to się nie różni od problematyki sztywności opisywanej w innych dziedzinach. chodzi bowiem o to samo – coś powinno pracować, reagować, zmieniać się, a tego nie robi. jest to coś w głowie: przekonania, oczekiwania i nastawienie, które objawiają się w reakcjach, które też są sztywne. sztywne – czyli niezmienne, mimo tego, że zmiana by się przydała, mimo tego, że życie pokazuje, że wybrany sposób działania przynosi więcej szkody niż pożytku. zastanawiając się nad tym tematem pytałam się marka, jakby zdefiniował sztywność. “chodzi o to, że ktoś ma jakąś wizję tego, jak świat funkcjonuje i co go spotka i ciągle tak uważa, nawet jak przydarza mu się coś innego” – mówi mój mąż. plus według tej wizji – niekoniecznie prawdziwej – postępuje.

jest sporo badań nad sztywnością, zresztą bardzo ciekawych, opierających się głównie na szukaniu rozwiązań jakichś problemów w warunkach eksperymentalnych. sztywność utrudnia znalezienie właściwego rozwiązania, bo trudno przez nią odrzucić coś, co raz zadziałało albo to zmodyfikować. trudno wyjść poza schemat.

zresztą, nie tylko odnajdywanie rozwiązań sztywność utrudnia. człowiek sztywny jest uparty, to ten, który powie “tak jest i koniec i ja zdania nie zmienię”, trudno do niego dotrzeć, ciężko się z nim pracuje. nie osiąga tak dobrych wyników jakby mógł, bo ciągle powtarza te same błędy, trudno z nim nawiązać relację. do tworzenia relacji potrzebna jest jednak pewna spontaniczność, elastyczność, otwartość – czyli to, czego przeciwieństwem jest omawiana cecha.

no właśnie – cecha. oczywiście żeby charakteryzować się pewną sztywnością w funkcjonowaniu nie trzeba być pacjentem psychiatrycznym (ani nie wiem czy nasi pacjenci prezentują ją w jakimś większym odsetku niż reszta populacji). jest taka i pani w dziekanacie, która nie da pieczątki, bo termin minął pięć minut temu, i rasista, zaciekły konserwatysta, pewnie czyjś dziadek czy teściowa, a już na pewno jeden chłopak, który podobał mi się w liceum.

ale skąd mi się to w ogóle wzięło: przeczytałam jeszcze raz moje wpisy o macierzyństwie (te: jeden, drugi, trzeci) i zorientowałam się, że ciągle piszę o tym samym. czy moje dziecko ma pół roku czy dwa lata i cztery miesiące ja ciągle się tłumaczę światu z tego, że jestem elastyczna. tłumaczę się z pewnego braku sztywności, którą często w kontakcie z dzieckiem się zaleca. masz być nieugięty, sztywno strzec granic, małe ustępstwo skończy się katastrofą w postaci dziecka, które ci wejdzie na głowę. dzisiaj dasz ekstra czekoladkę, jutro będziesz miał w salonie dziesięcioletniego grubasa. dzisiaj przeczytasz jedną książeczkę więcej, jutro obudzisz się ze śmietnikiem na głowie.

tymczasem myślę sobie, że skoro w innych aspektach życia sztywność się nie sprawdza to nie ma szans, żeby tu było inaczej. po prostu to nic fajnego, jak ktoś się usztywnia w relacji z tobą, wprowadza żelazne zasady i nie daje się przekonać. także kończę się tłumaczyć, bo popiera mnie nauka. i ciągle wierzę w możliwość dobrej relacji z własnym dzieckiem.

___________________________

żeby nie popisać jakichś głupot, swoją intuicyjną wiedzę na temat sztywności podpierałam artykułem m. kossowskiej – do przeczytania tutaj.  oczywiście temat sztywności jest szeroki, można się usztywnić w jakichś obszarach, w reakcji na coś, zawsze poruszamy się na obszarze mniej znanym trochę bardziej sztywno niż gdy mamy wiele danych itp. można by długo, ale wiadomo o co chodzi.