złość, która zmienia

zdjęcie: michael mroczek na unsplash.com

spędzam swoje życie głównie będąc uprzejmą, nienarzucającą się, zainteresowaną innymi, gotową rezygnować ze swoich potrzeb, wyrozumiałą i niekonfliktową osobą. ostatnio orientuje się, że jednak nie jest to najlepsza strategia.

po pierwsze dlatego, że czasem konfliktu uniknąć się nie da. choćbym się wiła, wzbijała na wyżyny dyplomacji, komunikacji bez przemocy i uprzejmości, niestety są ludzie, którzy do konfliktu dążą bardzo. w zasadzie na przestrzeni lat niezmiernie zaskakuje mnie, jak wielu jest takich ludzi. święty paweł radzi, żeby jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi mieć pokój.  autentycznie przygnębia mnie to, jak często nie można.

ale też dlatego, że czasami konfliktu unikać się nie powinno. czasem konflikt to jedyne wyjście. czasem bez konfliktu nie można zmienić świata.

myślę o tym w 31. tygodniu ciąży, kiedy poszukuję dobrego szpitala, żeby urodzić swoje drugie dziecko. pierwsze urodziłam w dobrym, polecanym w rankingach miejscu, ale mimo dobrej opieki lekarskiej i w miarę komfortowych warunków lokalowych, pobyt był dla mnie trudny. mieszkam w regionie, gdzie wybór jest dość duży, więc na różnych forach czytam opinie i pytam o wrażenia. podczas jednej z dyskusji dziewczyna mówi: o, wiesz, że rodziłam niedawno tam gdzie ty i pobytw tym szpitalu mocno  też dał mi w kość. okazało się, że przyczyna nieprzyjemności jest ta sama: kilka starszych pielęgniarek noworodkowych rzucających niewybredne komentarze w stronę młodych matek. położnic – czyli kobiet, które raz, że właśnie przeszły dość wstrząsające dla ciała wydarzenie, jakim jest poród, dwa – że właśnie oswajają się z nową sytuacją życiową, trzy – osłabienie fizyczne i burza hormonalna skutecznie utrudniają cięte riposty i sprawiają, że każda przykra uwaga boli mocniej. klasyczna sytuacja, gdzie silniejszy wyżywa się na słabszym. sytuacja, na którą nie ma usprawiedliwienia.

podobno na te kobiety było już trochę skarg, pisze na fejsbukowej grupie dziewczyna, mieli je zwalniać. było sporo skarg, ale nie moja.

i w sumie gotowość do pisania skarg, petycji, robienia zadymy, piętnowania szkodliwych zachowań – to cecha każdej grupy ludzi, której na czymś zależy. kiedy urodziła się moja córka, dość dużo mojego internetowego czasu spędzałam w grupie promotorek karmienia piersią, które były bardzo bojowo nastawione do każdej formy promowania karmienia butelką, zwłaszcza w placówkach służby zdrowia. kiedykolwiek któraś dziewczyna się skarżyła, że znowu lekarz kazał dokarmiać albo położna wcisnęła dziecku mleko modyfikowane wbrew woli matki, one powtarzały: dziewczyny, piszcie skargi!  

w podobnym duchu jest wywiad z alicją długołęcką na temat molestowania (do przeczytania tutaj) , która mówi w innym temacie, ale z tym samym przesłaniem- nie ma innej rady na zwalczanie pewnych postaw niż je piętnować. skarżyć się, zwracać uwagę, nazywać rzeczy po imieniu.

można mnożyć przykłady, ale chodzi o to samo. trzeba się czasami wkurzyć i coś z tą złością zrobić. ale żeby się wkurzyć, trzeba najpierw oddzielić dobro od zła. nazwać sobie, co jest dla mnie niedopuszczalne.

oczywiście obecnie najbardziej złości mnie fakt, że sama tego nie robię. wyszłam ze szpitala i cieszyłam się, że już w nim nie leżę, mogłam zostawić chociaż jakiś hejterski komentarz gdzieś w internecie. nie podobało mi się w jednej pracy, to się z niej zwolniłam. ktoś oszukał mnie, kiedy kupowałam przez internet i nigdzie tego nie zgłosiłam.

co skutkuje tym, że kolejna matka wysłuchuje po porodzie, że chce zagłodzić swoje dziecko, a ktoś inny kupi od oszusta przedmiot za kilkaset złotych i go nie dostanie. wszystko dlatego, żeby nie robić problemu tam, gdzie go nie ma, nie robić z igły wideł, nie być skarżypytą, donosicielem, nie być takim wrażliwym. no i te usprawiedliwienia: a może jakaś kobieta naprawdę ma za chude mleko? a może on tylko żartował? a może oszust internetowy jest biednym człowiekiem i potrzebował moich 350 zł żeby nakarmić dzieci?

no, chociaż uczciwie mówiąc mam w pamięci parę sytuacji, gdzie jednak się zezłościłam konstruktywnie i wygarnęłam komu trzeba – i pielęgnuję te chwile w swojej głowie, bo jestem z nich bardzo dumna. (nie chodzi mi o te sytuacje, kiedy ze złości rozwaliłam na środku wysprzątanej kuchni miskę pełną ciasta naleśnikowego – tak, warto wspomnieć, że złość bywa też destruktywna.)

i nie, że nie lubię pokoju. kocham pokój i chciałabym, żeby ludzie w ogóle się nie kłócili. ale niech to będzie dobry pokój, a nie taki byle jaki. niech to nie będzie podtrzymywanie nieznośnego status quo za wszelką cenę.

na fali tych przemyśleń, podbijanych trochę przez ciążowe bojowe nastawienie do świata i być może krążący w moich żyłach gratisowy testosteron – po kilkunastu tygodniach poszukiwań pojawiło się akceptowalne dla obu stron naszego małżeństwa imię dla syna. kazimierz, czyli ten, który burzy pokój. mądrze i po królewsku.

idź synu, walcz o lepszy świat.