jak położyć spać dwulatka czyli moja mała walka

Wspomniałam w jednym z ostatnich wpisów, że za niektóre dokonania rodzicielskie należy mi się szóstka z koroną. Jednym z tych dokonań jest niewątpliwie niezwykły proces, który przeszłam ze swoim dwuletnim dzieckiem – od całkowitej załamki podczas usypiania do uczynienia z tego najprzyjemniejszego momentu w ciągu dnia.

fot. Bastien Jaillot na unsplash.com. Oczywiście moje dziecko w życiu nie miało takiego łóżeczka albo karuzeli, ale zdjęcie oddaje pewien dramatyzm późnych godzin nocnych

A było tak:

W pewnym momencie – chyba jest tu też dość istotny fakt, że był to moment zbliżony do odstawienia od piersi, około drugich urodzin – moje dziecko zaczęło mieć problem z przejściem z fazy czuwania do fazy snu. Równie istotny jest też fakt, że w podobnym okresie zaczęło też uczęszczać do przedszkola, przez co zamiast wypoczywać rano do woli musiało być budzone i przewożone ze mną w miejsce, gdzie jeszcze musiało nieźle funkcjonować przez kilka godzin. W każdym razie na początku nic nie zapowiadało, że będzie aż tak źle. Myślałam, że może ma sporo nieprzetworzonych emocji, musi sobie wypracować nowy sposób wyciszania się, na pewno to kwestia tygodnia-dwóch i wejdziemy w nowy rytm.

Tygodnie jednak mijały i było coraz gorzej. Moja córka nie tylko nie potrafiła zasnąć, wieczorem zaczęła się naprawdę dziwnie zachowywać. W ciągu dnia cały czas była pogodnym i spokojnym dzieckiem, z którym na ogół dobrze się współpracuje. Wieczorami po zgaszeniu światła zaczynała zgłaszać bardzo dużo rozmaitych potrzeb (głód, pragnienie, parcie na mocz, chęć obejrzenia „Świnki Peppy”, chęć kontaktu ze swoim ojcem i inne – jakie tylko potrafiła wyrazić swoim dwulatkowym niedoskonałym językiem), wychodziła z łóżka, czasem lizała mnie, skrobała krawędzie łóżka, zawieszała się na rurce od kaloryfera, szarpała za zasłonkę. Zazwyczaj usypiała stanowczo zbyt późno, żebyśmy mogły porządnie wypocząć do rana. Zasypiała też zazwyczaj po jakiejś awanturze – w pewnym momencie zaczęłam łapać się na tym, że jak się w końcu rozpłakała to odczuwałam ulgę, bo wiedziałam, że niedługo zaśnie. Cały proces trwał jakieś dwie godziny i często kończył się około 22-23.

Próbowałam różnych metod: puszczałam jej kołysanki, sama je śpiewałam, ostro stawiałam granice („albo wracasz do łóżka albo wychodzę z pokoju”), próbowałam zaczynać cały proces wcześniej albo później, i nic – dzień-dwa wydawało mi się, że jest trochę lepiej, ale i tak w końcu wracałam do tego samego uczucia bezradności i beznadziei.

Kryzys

fot. Victoria Palacios na unsplash.com

Sytuacja zaczęła trwać już miesiącami, podczas których ja już byłam w kolejnej ciąży, chodziłam do pracy, zawoziłam rano dziecko do przedszkola, nie miałam chwili na odpoczynek czy ogarnięcie podstawowych rzeczy w mieszkaniu. Byłam zmęczona i sfrustrowana, ale ciągle wydawało mi się, że to minie. Że chyba dzisiaj zasnęła trochę szybciej? Że może mi się wydaje, ale chciała się wysikać tylko trzy razy a nie pięćdziesiąt?

No i jednego dnia z cyklu tych koszmarnych wieczorów, podczas których mój mąż dyżurował, po kolejnych godzinach przepychanek, wykonywanych z zaciśniętym zębami rytuałów, stawiania granic, moje dziecko w swoim rzucaniu się po łóżku uderzyło mnie przypadkowo w głowę – stało się. Czara goryczy przelała się i zrobiłam coś w stylu: „Aaaaaa! CZY TY NIE MOŻESZ LEŻEĆ SPOKOJNIE?!” – na co moje dwuletnie dziecko, równie zdenerwowane odkrzyknęło: „Nie mogę, mamo!”. Strasznie mną to wstrząsnęło. Przytuliłam ją, przeczytałyśmy jeszcze jedną książeczkę i poszłyśmy spać. Był to też moment jakiejś konfrontacji z tym, że jest naprawdę źle. I że to musi być ostatni taki wieczór.

Olśnienie

Od następnego dnia zaczęłam intensywnie przekopywać internet w poszukiwaniu informacji o zasypianiu dzieci, sposobach na usypianie, wrzuciłam post z pytaniem o pomoc na kilku różnych forach, obejrzałam live Natalii Fedan i Magdaleny Komsty o śnie dzieci, który trwał półtorej godziny (do obejrzenia tutaj → klik).

Większość rad od innych mam mi się nie przydała, większość mądrości z internetowych artykułów albo już zastosowałam z mizernym skutkiem albo nie miałam zamiaru stosować, bo było mi z nimi zupełnie nie po drodze.

Ale w filmiku, o którym wspomniałam padło z ust M. Komsty zdanie, które otworzyło jakąś zapadkę w mojej głowie i brzmiało mniej więcej: „Dlaczego nie stosujemy w odniesieniu do snu dzieci tego, co wiemy o śnie dorosłych?”.

Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Przecież ja pracuję z zaburzeniami snu! Co rano każdego pacjenta pytam o jakość snu – jak pan spał? A co to znaczy źle? Był problem z zaśnięciem czy wcześnie się pan wybudził? Ile pobudek w nocy? Mało tego, prowadzę dla pacjentów zajęcia edukacyjne o bezsenności i higienie snu, na których wypowiadam się jako ekspert. Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby swoją wiedzę wykorzystać we własnym domu.

Czemu?

Mam podejrzenia, że – po pierwsze – utknęłam w jakiejś koleinie przekonań dotyczących snu dzieci. Że dziecko powinno usypiać przy książeczce i kołysance, że powinno spać o 20, że jak jest niegrzeczne to trzeba mu ostro stawiać granice. Podstawa to rytuały i konsekwencja. Po drugie, czułam się naprawdę beznadziejną matką, że nie umiem swojego własnego dziecka położyć spać, było mi trochę wstyd i najchętniej z nikim bym o tym nie rozmawiała. Co oczywiście nie ułatwiało znalezienia rozwiązania.

Ale do rzeczy

Na zajęciach dla pacjentów rysowałam im kredą na tablicy błędne koło bezsenności. Nie mogę zasnąć → rano jestem niewypoczęta → w ciągu dnia jestem rozdrażniona i obwiniam o wszystko problemy ze snem → rośnie napięcie związane z położeniem się do łózka → nie mogę zasnąć.

Jeśli chcą państwo pogorszyć sprawę polecam:

– maniakalnie liczyć godziny snu i sprawdzać zegarek przy każdym przebudzeniu;

– położyć się na drzemkę w ciągu dnia albo odsypiać zarwaną noc do oporu;

– rozmyślać cały czas o tym ile szkody dla naszego zdrowia i funkcjonowania wyrządza to, że nie możemy się wyspać;

– przy problemach z zaśnięciem leżeć do oporu w ciemnym pokoju i zadręczać się myślami o problemach z zaśnięciem.

Najważniejsze rzeczy, które mówię pacjentom (których przede wszystkim próbuję ustrzec przed stosowaniem leków nasennych) to:

– kładźcie się, kiedy jesteście zmęczeni;

– jak nie możecie zasnąć to wstańcie, przejdźcie się, zmieńcie pokój, poczytajcie książkę albo poszyjcie na maszynie – wróćcie do łóżka jak się zmęczycie;

– wstawajcie o tej samej porze, niezależnie od tego ile spaliście i nie róbcie sobie drzemek;

Oprócz tego cała masa informacji na temat wietrzenia pokoju, unikania ekranów, umiarkowanym wysiłku fizycznym, porach posiłku itp., które akurat w mojej sprawie nie miały większego udziału.

W przypadku moim i mojego dziecka kluczowe było obniżenie napięcia związanego z zasypianiem, napięcia, które sięgało rzeczywiście sufitu w jej pokoiku albo jeszcze wyżej. Trochę dlatego, że nerwowo ciągle sprawdzałam zegarek i się bardzo spinałam tym, że ona znowu się nie wyśpi, będzie marudna i jeszcze się rozchoruje, trochę dlatego, że miałam poczucie, że jak jeszcze raz posłucham „Na Wojtusia z popielnika” (która to piosenka swoją drogą wywołuje u mnie dreszcze grozy) to coś gdzieś we mnie eksploduje, trochę dlatego, że chciałam bardzo mieć chociaż chwilę dla siebie i czekałam niecierpliwie aż zaśnie.

Dlatego zamiast kołysanek zaczęłam puszczać jakieś relaksujące zestawy muzyki instrumentalnej z Youtube’a i Spotify (pod hasłami w stylu „Peaceful guitar music”, „Peaceful piano for relax”). Okazało się, że tak mnie relaksują, że sama najchętniej bym zasnęła, co czasem się zdarza, ale nie szkodzi – ponieważ zrobiłam popołudniu wszystkie niezbędne rzeczy i jestem umyta i w piżamce, więc jeśli uda mi się wyrwać z objęć Morfeusza na czas to będę miała chwilę, żeby poczytać, a jeśli nie – to trudno, w końcu wysypianie się też jest przywilejem wybranych.

Inną rzeczą wyraźnie odprężającą moje dziecko są moje historyjki opowiadane spokojnym głosem. Zazwyczaj jest to bajka o królewnie, w której występują różni nasi krewni i znajomi oraz opowiadanie całego dnia wraz z emocjami, które mogły się pojawić.

Po drugie, zostawiam sobie i jej trochę luzu w kwestii pory pójścia spać. Dokładnie analizując jak czas drzemek wpływa na godzinę zaśnięcia wieczorem (tak jak pisałam, podeszłam dosyć ambitnie do tego zadania) – miałam już pewien obraz, jakie to mniej więcej muszą być pory. Wyszło mi z tych obliczeń, że np. jeśli spała godzinę w ciągu dnia to choćbym stawała na rzęsach – i tak uśnie o 22. Wobec czego: jeśli się da – eliminuję drzemki lub skracam do minimum. Okazało się, że pani w przedszkolu jest nawet całkiem otwarta na dyskusję i zgodziła się budzić moje dziecko po 30-45 minutach. Czasem jednak różne zdarzenia losowe doprowadzają do tego, że mój dwulatek, który kocha drzemki zupełnie jak ja, padnie jak zabity na godzinę albo dłużej – trudno, kładziemy się spać o 22.

Zastosowałam też na swoim dziecku radę dla pacjentów dotyczącą przerywania usypiania. Co prawda, internetowi eksperci mówili, że raczej trzeba być konsekwentnym i nie wypuszczać dziecka z łóżka aż zaśnie, dostałam nawet jedną mrożącą krew w żyłach poradę, żeby swoje wykochane dwuletnie dzieciątko zamknąć w łóżeczku ze szczebelkami bez możliwości opuszczenia go, ale zdałam się raczej na swoje mądrości z zajęć o higienie snu. To znaczy: jak zaczyna swoje wieczorne pajacowanie to znaczy, że nie chce jej się spać, więc może sobie chwilę poukładać klocki, ja sobie poczytam czy pozamiatam, jak będzie chciała iść spać to niech mnie zawoła. Co ciekawe, nie doprowadziło to do katastrofy pod tytułem „Jest pierwsza w nocy, a dziecko biega po domu” – nie, zazwyczaj po dziesięciu-piętnastu minutach woła mnie, przytulamy się i śpi. Zgaduję, że ma to jakiś związek z rosnącym napięciem i to odpuszczenie na chwilę spełnia ważną rolę w relaksowaniu się.

Na koniec optymistyczne zdjęcie przytulającej się matki i córki. fot. Eye for Ebony na unsplash.com.

Wnioski

Cała historia kończy się happy endem: obecnie usypianie to czysta przyjemność, trwa do 20 minut, nikt się niczym nie stresuje, jest fajnie. Było źle, a jest dobrze.

Jest to na razie pierwsza taka moja poważna walka na polu rodzicielskim, ponieważ moje dziecko je wszystko bez problemu, szybko zaadaptowało się w przedszkolu, jest towarzyskie, pogodne i nie bije innych.

Przy okazji myślę sobie, że takich małych zwycięstw i porażek będzie w rodzicielstwie więcej. Wygranie takiej walki wymaga nie lada umiejętności: trzeba się zatrzymać, zastanowić, dostrzec problem, oddzielić porady skuteczne od nieskutecznych. Jak już pisałam, nikt nas tego nie uczy, nikt nam tego nie gratuluje. To jest ten etap, kiedy macierzyństwo staje się wyzwaniem i może stanowić pewną frajdę, ale też sprawiać wrażenie zadania ponad nasze siły, więc – jak się uda – trzeba to dostrzegać i doceniać.