Basia kontra hity wydawnicze: “Ludzie na drzewach”

Zacznę może od tego, że nie czytam bardzo dużo książek i śledzę w mediach społecznościowych różne osoby, które robią co miesiąc duże zamówienia w księgarniach internetowych i polecają lub odradzają różne pozycje. I w tym gąszczu różnych recenzji, “Ludzie na drzewach” przykuli moją uwagę i wydało mi się, że to jest książka, która nie może mi się nie spodobać. Po pierwsze – Hanya Yanagihara robi od jakiegoś czasu furorę z powodu swojego “Małego życia” (którego nie czytałam), po drugie – tematyka jej debiutu jest bardzo ciekawa.

fot. Phillip Sauerbeck na Unsplash.com. Wpis ilustruje zdjęcie puszczy, ponieważ musiałam przedrzeć się przez mrok opisów przyrody, żeby napisać tę recenzję.

Fabuła jest oparta – choć niedokładnie, z różnymi modyfikacjami w klimacie science fiction – na biografii noblisty Daniela Carletona Gajduska. W skrócie: jest to badacz, który prowadząc badania w Papui-Nowej Gwinei odkrył, że kanibalizm umożliwia rozprzestrzenianie się choroby kuru, na którą umierali członkowie plemienia. Za odkrycie nieznanego dotąd mechanizmu przenoszenia choroby zakaźnej otrzymał Nagrodę Nobla w 1976 r. Oprócz tego spędził sporo czasu wśród dzikiego plemienia, zaczął sprowadzać stamtąd dzieci do USA, zapewniając im wykształcenie i utrzymanie. Był też pedofilem, przyznał się do licznych kontaktów seksualnych z młodymi chłopcami, nie uważał tego za coś złego, utrzymywał też, że w rejonie jego poszukiwań naukowych kontakty z dziećmi były praktykowane rytualnie i są zupełnie naturalne.

Wystarczy przeczytać artykuł na Wikipedii albo któryś z licznych artykułów prasowych, które powstały podczas procesu naukowca lub obejrzeć dostępny na Youtubie film dokumentalny “The genius and the boys”, żeby dreszcz grozy przebiegł po plecach. Tyle w tej historii niejednoznaczności moralnych, pytań o kwestie etyczne, różnice kulturowe, ulgowe traktowanie wybitnych jednostek… Czy książka na ten temat mogłaby być nieciekawa? To niesamowite, ale jednak jest.

Największą wadą tej książki jest to, że w pewnym momencie odechciało mi się jej sluchać (słuchałam audiobooka). Miejscami przypominała mi to, co robiłam na egzaminach opisowych, kiedy na zadane pytanie migał mi tylko jakiś luźno powiązany z tematem fakt i starałam się w dosyć okrągłych słowach, powtarzając zapamiętaną informację kilka razy w różnej formie, napisać coś, co ma sens tylko przy pobieżnym przeczytaniu. Tak zwane “lanie wody” albo “mowa trawa”. Niekończące się opisy przyrody i oczywiste refleksje, które zresztą osłabiały nieco wiarygodność psychologiczną bohatera. W połowie książki naukowiec ciągle błąka się po puszczy, nic się nie dzieje, w samym odkryciu nie ma żadnego napięcia. Wahałam się: kontynuować czy porzucić? Skończyłam, ale trochę się zmusiłam.

Książka poruszała jednak dosyć sprawnie wątki takie jak upływ czasu oraz dzieci i wartość, jaką wnoszą do życia. Podobały mi się fragmenty próbujące wyjaśnić motywacje sprowadzania dzieci członków plemienia do Stanów oraz te o niepokojach w środowisku naukowym, jakie zawsze budzi jakieś znaczące odkrycie. Ale były to też te miejsca, w których autorka zaznaczała najbardziej podstawowe zdarzenia, akcja wartko przeskakiwała przez kolejne lata, więcej było faktów, a mniej rozwleczonych przez kilka stron dylematów bohatera.

I muszę przyznać, że żadna książka nie nauczyła mnie – tak jak ta – jak bardzo warto oszczędzać słowa podczas pisania i jak dużą wartość mają niedopowiedzenia. Po przesłuchaniu popatrzyłam krytycznie na niektóre swoje teksty – gdzie wyjaśnienia są zbyt obszerne, a opisy niepotrzebne. Bo ostatecznie myślę, że “Ludzie na drzewach” to mogłaby być doskonała książka, gdyby tylko była opowiadaniem.