słowniczek psychiatryczny: myślenie magiczne

Znajdowanie związków przyczynowo-skutkowych między sytuacją a czynnikami, które do tego doprowadziły to niewątpliwie cecha dojrzałej osobowości. Takie rzeczy warto analizować, zwłaszcza jeśli znajdujemy się w sytuacji wyjątkowo nieprzyjemnej. Dojście do źródeł problemu jest cenne – pod warunkiem, że dobrze się te źródła zidentyfikuje. Czasem jednak coś idzie nie tak i mózg tworzy zupełnie absurdalne połączenia przyczyn ze zjawiskami rzekomo przez nie wywołanymi. I to jest właśnie myślenie magiczne.

fot. Amy Reed na unsplash.com

W chorobowej wersji pacjent może mówić, że wykonanie jakiegoś rytuału – przekręcenie klucza w zamku, umycie rąk określoną ilość razy – zabezpieczyło go przed jakimś niebezpieczeństwem. Może mówić, że jeśli minie go osoba w czerwonej czapce to znaczy, że zbliża się koniec świata. Może być przekonany, że komuś przydarzyło się nieszczęście, ponieważ on o nim źle myślał. I jest to objaw choroby psychicznej, a ja, słuchając tego, zanotuję w dokumentacji: myślenie magiczne.

Ale istnieją akceptowane kulturowo formy takiego myślenia i nazywają się przesądy. Co prawda nie jest najbardziej zdrowe nie wychodzić z domu przez cały dzień z powodu zbitego lusterka albo czarnego kota, ale też samo bycie przesądnym nie kwalifikuje nikogo do leczenia psychiatrycznego. Czarny kot, powiecie. Phi – lusterko, drabina, kominiarz. Kto w to wierzy. Może czyjaś babcia mieszkająca na dalekiej wsi albo zdziwaczały wujek.

Ale niech pierwszy rzuci kamieniem kto nie miał szczęśliwej bluzki na egzamin, kto nie chucha na kości do gry, nie ściska szczęśliwego amuletu, nie miał proroczego snu. Może w dzisiejszych czasach przesądy nie są tak popularne, bo mamy dosyć duży wpływ na nasze życie, a przed nieszczęśliwymi wypadkami możemy się jakoś zabezpieczyć. Wiara w magiczne znaki jest charakterystyczna dla społeczności, które mają silne zewnętrzne poczucie kontroli – mają (słuszne bądź nie) wrażenie, że ich los średnio od nich samych zależy. A ponieważ życie w niepewności jest trudne, ludzie łapią się przypadkowych zdarzeń i nadają im znaczenie, którego one w istocie nie mają.

Myślenie magiczne ma się jeszcze dobrze głównie w sytuacjach, które od nas nie zależą.

Na przykład: dyżur. Jak już pisałam – przed dyżurem człowiek nie wie czy spędzi spokojne popołudnie i noc,  czy opatrzy pięciu pacjentów czy pięćdziesięciu pięciu. W niektórych szpitalach nie można mówić dyżurantowi “powodzenia”, bo to przynosi pecha, w niektórych dyżurant sprawdza fazę księżyca albo zdaje się na bardziej niejasne znaki – takie jak przeczucie, sen czy zestaw towarzyszących mu pielęgniarek.

Albo: poród. Wśród oczekujących na poród naturalny kobiet kwitnie wiara w magiczne rytuały i znaki. Faza księżyca też ma znaczenie. Ktoś ci powie, że trzeba upiec specjalne ciasto. Mi w poprzedniej ciąży ginekolog oceniając wszelkie biologiczne znaki przygotowania organizmu do porodu oświadczył, że rodzę “lada dzień”. Urodziłam trzy tygodnie później. Komuś innemu położna powiedziała, że porodu nawet nie widać na horyzoncie, ale nie minęła doba i dziecko było na świecie.

Podobno ludzie, którzy w myśleniu kierują się racjonalnymi przesłankami i mają większe wewnętrzne poczucie kontroli – czyli wrażenie panowania nad swoim losem – są szczęśliwsi i prowadzą bardziej satysfakcjonujący żywot. Niemniej nawet najmocniej stąpający po ziemi człowiek stanie w końcu przed sytuacją, w której nie wie, co będzie następnego dnia.

Na przykład ja. Liczę odstępy między skurczami i nie wiem – czy to już? Czy jeszcze dwa tygodnie? Na razie udaje mi się zachować spokój i nie uciekać w znaki i przesądy. Ale – skoro to pomaga – może nie warto się tak opierać?

_________________________

Poprzednie odsłony słowniczka psychiatrycznego:

Ksobność

Sztywność