jak wyprodukowałam człowieka

chciałam mieć dziecko odkąd pamiętam, a przynajmniej od chwili, kiedy przyszła na świat moja siostra – miałam wtedy czternaście lat i cztery miesiące i do tej pory musiałam sobie sama radzić z emocjami z którymi wiązało się bycie jedynym dzieckiem moich rodziców.prod

w każdym razie, małe dziecko, które urodziła w końcu moja tamtego czasu coraz bardziej kapryśna mama to wciąż chyba najlepsze, co mi się w życiu przydarzyło. kiedyś jej nie było, a teraz jest. najpierw uczyła się przewracać na brzuszek, potem mówiła śmieszne rzeczy, płakała jak wyjeżdżałam na studia, a teraz ogląda głupie filmy na youtubie i śmieje się jak ktoś przeklina.

szczerze mówiąc, nigdy nie postrzegałam ciąży i macierzyństwa jako jakiejś katastrofy, nawet kiedy koleżanka ze szkoły zamiast na studniówce wylądowała na porodówce wydawało mi się to nienajgorszym startem w policealną rzeczywistość. oprócz tego zazdrościłam  otaczającym mnie ciężarnym przez większość czasu, rozważałam zostanie z premedytacją samotną matką i snułam czarne wizje na temat mojej bezpłodności. potem miałam taki etap, że obserwowanie zdrowych niemowląt napawało mnie smutkiem, i w kółko powtarzałam „o, szczęśliwi ludzie, którzy mają zdrowe dzieci”, jakbym mówiła o szczęściu, które nie będzie mi dane.

ostatecznie zaszłam w ciążę bez żadnych problemów w wieku 26 lat, po dwóch i pół roku małżeństwa i z dyplomem lekarskim w kieszeni.

nie umiałam tej ciąży dobrze przeżyć i bałam się od momentu, kiedy zobaczyłam w łazience bladą drugą kreskę na teście do momentu, aż wróciłam do domu z noworodkiem w nosidełku. zamiast chodzenia z podniesioną głową i głaskania się po brzuchu były koszmarne sny i nerwowe liczenie, że zaraz poczuję ruch dziecka. dokąd ruchy się nie pojawiły na każdą wizytę szłam z duszą na ramieniu i zamykałam oczy podczas usg do momentu, aż lekarz powiedział coś o bijącym serduszku. pewności, że jest wszystko ok i że o ciąży można komuś powiedzieć starczało mi średnio na tydzień po każdej wizycie, przez resztę czasu rozważałam rozmaite czarne scenariusze i modliłam się, żeby okazało się, że jestem przewrażliwioną histeryczką. oddychałam z ulgą, a za chwilę wszystko od nowa. byle do dwunastego tygodnia, byle do połowy, byle do trzydziestego, byleby dziecko miało przynajmniej to półtora kilo…

poza tym nic się nie działo, nie mdlałam, nie wymiotowałam i urósł mi brzuch średniej wielkości. pracowałam, byłam na wakacjach, przeprowadziłam się, zmieniłam pracę, chodziłam na jogę dla ciężarnych, a to wszystko z lękiem z tyłu głowy, który jakby umiał mówić mówiłby coś w stylu „nie ciesz się, bo jeszcze nie wiadomo jak to się skończy”.

ostatecznie moja córka przyszła na świat siłami natury na trzy dni przed terminem, ważyła niecałe cztery kilogramy. mimo wszystkich tych lęków, mimo potów oblewających mnie w środku nocy – nic jej nie jest. to zdrowe dziecko. ma idealnie okrągłą głowę, duże oczy, jest pogodna i spokojna. kiedyś jej nie było, a teraz jest. nie umie przewrócić się na brzuszek i to ją złości.

bałam się, zaciskałam oczy i przetrwałam – i tak wyprodukowałam człowieka.

Advertisements

Autor: basia

lekarka po macierzyńskim

1 thought on “jak wyprodukowałam człowieka”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s