posiedzę sobie w strefie komfortu

wydaje mi się, że całe życie nic nie robię innego, tylko wychodzę ze swojej strefy komfortu.

tak mi się wydawało zawsze, że skoro jest miło i wygodnie i robi się coś niesprawiającego trudności, a sprawiającego przyjemność, to jest źle i trzeba to zmienić.komfort

kiedyś dużo sama wyjeżdżałam, bo tak uważałam, że podróże są bardzo fajne i kształcą – teraz mam co do tego pewne wątpliwości. mój kolega, który zaczął w pewnym momencie jeść zupki chińskie i całą kasę przeznaczał na ekstremalne podróże autostopem po świecie, powiedział mi, że jak jechał z obcymi ludźmi w aucie gdzieś tam, chyba w indiach – to czuł, że odkrywa siebie patrząc na drogę przed sobą i jakieś świetne widoki ileśtam metrów nad poziomem morza.

ja jak gdzieś byłam za granicą, poznawałam pełno ludzi, chodziłam z nimi na imprezy i gadaliśmy po angielsku – to czułam, że mogę im powiedzieć cokolwiek, bo i tak to taka znajomość na dwa tygodnie czy tam dwie godziny. nie żebym była jakimś mistrzem fałszywej tożsamości, tylko to było takie o, takie tam gadanie, coś mówiłam, choć wcale tego nie miałam przemyślanego, śmiałam się, choć wcale coś nie było śmieszne itp. to byli po prostu przypadkowi ludzie, jak sobie scrolluję ich na fejsie to widzę, że wcale ich nie znałam. ani oni mnie.

kiedyś miałam taką przygodę, że pojechałam sama do chorwacji, posiedziałam tydzień w zagrzebiu u przypadkowych ludzi właśnie, wracając zaspałam na pociąg, na który miałam już bilet, nie zdążyłam na autobus, na który miałam już bilet, nie miałam pieniędzy, spędziłam noc w budapeszcie, o czwartej wstałam i z plecakiem szłam przez pół miasta z mapą, żeby złapać jakieś połączenie do polski. wcale to nie było fajne. straciłam wtedy kontakt z moją strefą komfortu, była hen, hen, daleko. jak wróciłam to od razu zadzwoniłam do marka, który stał się szybko moim chłopakiem i szczerze mówiąc, najbardziej odkryłam siebie jedząc z nim zapiekanki z czerstwego chleba w starej kawalerce po babci w rudzie śląskiej.

no, ale i tak – cały czas coś się chce w życiu poprawić, cały czas mierzyć się z jakimiś wyzwaniami, konfrontować, walczyć, jak na stażu miałam już męża, dyplom i dużo wolnego czasu to mi było bardzo smutno.

w każdym razie, wskazówka odmierzająca czas do końca mojego urlopu macierzyńskiego przesunęła się za połowę – i nagle, niespodziewanie – poczułam się dobrze i komfortowo. wiadomo, że czasem jest ciężko, a czasem po prostu nudno, ale ostatnio współpraca między mną a pełzającym siedmiomiesięczniakiem to nieustające pasmo miłości, radości i dumy. w ogóle nie chcę wracać do pracy, a na myśl o oddaniu jej do żłobka albo zostawieniu jakiejś obcej babie po prostu chce mi się płakać.

no i nie wiem, może po kilku miesiącach w domu dowiedziałam się, co to w ogóle znaczy mieć strefę komfortu. nie sądziłam, że będzie się w niej znajdować codzienne mycie małej pupy w umywalce, ale tak jest.

wydaje mi się, że odnalezienie tej strefy wcale nie jest mniej ważne niż jej opuszczanie. jakby nie było – jak już znalazłam, to sobie może tu jeszcze trochę posiedzę.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “posiedzę sobie w strefie komfortu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s