krótka historia mojej religijności

opuszczenie kościoła katolickiego było proste, najprostsze ze wszystkich decyzji, przed którymi ta pierwsza mnie postawiła. po pierwsze, moja rodzina nie jest religijna wcale. po drugie, kościół katolicki ma naprawdę sporo za uszami. po trzecie – tych paru księży czy zacietrzewionych katolików, których spotkałam. po czwarte – niektóre rzeczy, które ciężko mi było ogarnąć umysłem i pogodzić jak dogmat o nieomylności papieża czy to o antykoncepcji czy in vitro.

myślę, że wszystko się zaczęło jak ja – z niereligijnej rodziny – zaczęłam chodzić do kościoła katolickiego więcej niż raz w tygodniu. wschłuchiwałam się w kazania i regułki, chodziłam do spowiedzi, grałam na gitarze religijne piosenki.

albo wcześniej – wtedy, kiedy jadąc na rowerze mówiłam tacie, że może nie powinnam iść do bierzmowania, skoro nie chodzę do kościoła. może nie powinnam chodzić na religię. (chodź, co ci szkodzi, odpowiedział tata).

żeby to wszystko zrozumieć zaczęłam chodzić do kościoła częściej niż inni ludzie, a potem przestałam i jak pan z historii pytał na lekcji czy wszyscy w tej klasie są katolikami to ja się jedyna zgłosiłam, że nie – ja jestem ateistką.

jakoś tak to trwało, aż spotkałam mojego obecnego męża, który był innego wyznania. szczerze mówiąc, do tamtej chwili (a miałam wtedy dwadzieścia lat) średnio zdawałam sobie sprawę, że inne kościoły chrześcijańskie w polsce istnieją i mają się nieźle. to obudziło we mnie taki entuzjazm, że przeczytałam całą biblię, posłuchałam wielu kazań na mp3 i ochrzciłam się w rzece ulegając przedwiecznemu urokowi ewangelii.

w międzyczasie poznałam bardzo wielu religijnych ludzi i wśród nich byli dobrzy, szlachetni i uczciwi i tacy, do których wstyd by mi się było przyznać. ludzie, z których ożywienie duchowe wyciągnęło to, co najlepsze czyniąc ich naprawdę pięknymi osobami i tacy, którzy swoją religijność wykorzystują do osądzania i wywyższania się. są osoby, które są gotowe uściskać każdego chrześcijanina i takie, które z najmniejszej różnicy robią barierę nie do pokonania. dobre i złe miejsca, sprawiedliwi i podli kaznodzieje, mądre i głupie kazania. pośród tego wszystkiego staram się znaleźć najlepszą drogę i póki co jest tak:

chodzę do kilkunastoosobowego zboru, w którym czytamy wspólnie biblię i zastanawiamy się, jak ją najlepiej zrozumieć. oprócz tego modlimy się i śpiewamy, czasem ktoś nam powie kazanie, dość często mamy różnych gości. nie przyłączyliśmy się do żadnej większej wspólnoty czy kościoła, ale od czasu do czasu debatujemy nad tym, czy tego nie zrobić. mój mąż jest kimś w rodzaju pastora, czyli na nasze warunki moderuje dyskusje, zajmuje się sprawami organizacyjnymi, przez co ja też czuję się bardziej za tą grupę ludzi odpowiedzialna.

oprócz tego śpiewam w chórze chrześcijańskim (chór nazywa się syloe), od którego zaczęło się moje poważne myślenie o chrześcijaństwie. tak to lubię, że nie odpuściłam jeszcze żadnego wyjazdu, byłam i w siódmym miesiącu ciąży i z siedmiotygodniowym maluchem.  śpiewam w altach, nie jestem może jakaś przesadnie utalentowana, ale większość osób, które tam ze mną śpiewają – tak. teksty rozwalają mi głowę, a muzyka chwyta za serce, poza tym pozostali chórzyści i muzycy to też osoby, które po prostu bardzo bardzo lubię. od jakiegoś czasu jeżdżę też na warsztaty gospelowe z zagranicznymi instruktorami, gdzie nie liczy się płeć, wiek ani wyznanie – po prostu śpiewa się radośnie gospelowe standardy w tłumie ludzi.słucham sobie kazań różnych nauczycieli, ale najbardziej lubię amerykańskiego pastora craiga groeshela, którego można posłuchać w kościele online.

myślę, że wyrosłam już z tego, że linia podziału między dobrze a źle wierzącym przebiega wzdłuż linii reformacji.

jestem wierząca, bo tęsknię za tym, co sprawiedliwe, jasne i dobre.

wierzę, że jest coś więcej niż jakieśtam ziemskie waśnie i spory.

że jest coś takiego jak ponadczasowa mądrość i że ja mogę z niej korzystać.

no i uważam, że warto szukać, czytać, spotykać się z różnymi osobami, rozważać, wyciągać wnioski i nie ma w tym nic złego, że czasem się błądzi, upada, podnosi, idzie dalej.

uważam, że dobrze jest się zastanawiać, bo jak się zastanawiam, to znaczy, że mi zależy.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “krótka historia mojej religijności

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s