najlepsze, co można komuś dać to umiejętność

posiadanie jakiejś umiejętności, opanowanie jej do poziomu ponadprzyzwoitego, daję siłę i niezależność.umiejetnosc

niektóre umiejętności biorą się znikąd, czyli z dzieciństwa

nie pamiętam jak uczyłam się pływać, mam mgliste wspomnienia z pierwszych jazd rowerem, w ogóle nie wiem jak to się stało, że z nastolatki z problemami (to przytulanie się do drzew! w deszczu…) wyrosłam na osobę całkiem sprawną w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich. nie ma to dziś znaczenia, bo po prostu wiem, co robić jak wejdę do wody, na rower albo w stado obcych ludzi. zdobywanie niektórych umiejętności się pamięta i czasem są to wspomnienia bolesne, ale nie ma to takiego znaczenia, bo jak się coś potrafi to się potrafi i koniec. nie można tego odwrócić.

sytuacją, w której szczególnie liczą się umiejętności jest zmiana

przychodzisz do nowego miejsca, poznajesz nowych ludzi, oni nic o tobie nie wiedzą i dopiero będą cię poznawać, oceniać. ach, jakie wtedy jest super coś umieć! coś robić dobrze! zaimponować wiedzą i doświadczeniem na samym początku. być przydatnym, potrzebnym. i tak jest ciężko, bo nie wiesz gdzie jest ksero, gdzie postawić kubek, kto jest kto. ale wiesz co masz robić, bo jesteś w czymś dobry. znasz się. tego ci nikt nie zabierze.

nasz system edukacji średnio wspiera osiąganie takiego stanu

nauczyciele smętnie przerabiają materiał i tyle. wiem to, bo byłam dobra ze wszystkich przedmiotów w szkole (oprócz wuefu, wiadomo). i co? nic. mogłam sobie podręcznik poczytać i dostać szóstkę ze sprawdzianu. a mi się marzył mistrz/nauczyciel, który powie: ja ci pokażę, jak to zrobić, a teraz spróbuj sama, myślę, że stać cię na więcej, to dobrze, tamto źle, ćwicz do skutku. powiem wam, że chodziłam chyba na wszystkie możliwe kółka, lgnęłam do najbardziej wymagających nauczycielek, w sumie przedmiot był mi obojętny, byleby nauczyć się czegoś od kogoś lepszego, mądrzejszego. najbliżej tego była taka jedna babka z chemii, z którą jeździłam na różne konkursy i myślę, że potem na studiach dlatego uczyłam licealistów chemii do matury, bo to było dla mnie takie dobre wspomnienie – wspomnienie czasów kiedy umiałam coś bardzo dobrze.

no bo są te wszystkie rzeczy, które dają szczęście – rodzina, przyjaciele, podróże, dom, pies, co kto lubi. i oprócz tego – choć mało się o tym mówi – jest jeszcze ten unikalny zestaw umiejętności, który sprawia, że jesteś potrzebny, że masz swoje miejsce w społeczeństwie, że masz prawo być tutaj.

teraz chciałabym być dobrym lekarzem

na stażu podyplomowym, podczas którego co miesiąc-dwa zmienia się oddział, łapaliśmy się każdej osoby, która chciała coś pokazać. póki co pamiętam ich wszystkich: miłą lekarkę, która pozwalała nam zmieniać cewniki całemu oddziałowi zakładu opiekuńczo-leczniczego, szowinistę, który pokazywał jak szyć rozcięte głowy i ręce,  furiata, z którym zrobiłam punkcję opłucnej i innych. dzięki nim na kolejny oddział szłam już mniej wystraszona, bardziej pewna siebie, bo coś tam już umiem. i w każdym nowym miejscu zaczynałam od tego samego: że szybko się uczę i jak mi doktor pokaże, to już będę wiedziała.

z pierwszej pracy jako pełnoprawny lekarz zrezygnowałam między innymi (a może przede wszystkim) dlatego, że było tam malutko personelu i musiałam radzić sobie sama. rzucenie na głęboką wodę ma swoje plusy i na pewno dużo z tego doświadczenia wyniosłam, ale zależało mi na kimś, kto mnie poprawi, coś doda, pomoże.

docelowo będę kiedyś przyjmować samodzielnie, może prywatnie i chciałabym być jednym z tych lekarzy, którzy mają same piątki na znanym lekarzu, sto pozytywnych opinii od pacjentów i o których się mówi „to jest dobry specjalista, on ci pomoże”. a do tego czasu próbuję nauczyć się od innych tyle, ile się da.

oczywiście przy posiadaniu dzieci liczą się trochę inne skille

na przykład czy umiem zrobić ludzika z kasztanów albo zapleść francuza bez ciągnięcia za włosy. czy potrafię ogarnąć logistycznie zajęcia paru osób i zrobić pizzę na kolację. czy umiem się bawić, rozmawiać z dziećmi i zarządzać budżetem domowym. i też jest łatwiej jeśli ktoś już nam to pokazał wcześniej. jak w dzieciństwie zajmowaliśmy się młodszymi dziećmi albo pomagaliśmy mamie w kuchni.

tylko dlaczego to takie trudne

czemu ludzie nie uczą się nawzajem, nie pokazują dzieciom, co umieją, nie widzą, że najlepszą rzeczą, jaką można komuś dać jest umiejętność?

bo może im się nie chce, nie mają czasu, może za dużo takiego gadania, że ej, wymądrzasz się i robisz z siebie nie wiadomo kogo, może tak naprawdę nikt poza mną nie chce, żeby go uczyć czy tam pouczać, nie wiem.

ja zazdroszczę kucharkom z podradomskiej restauracji, które w kuchennych rewolucjach mówią zachwycone o całodziennym gotowaniu z magdą gessler, zazdrościłam temu zakrwawionemu perkusiście z whiplasha, skręcało mnie z zazdrości, jak czytałam o studentach antoniego kępińskiego. mam niedobór nauczycieli i mistrzów.

wiem, że żaden tutorial na youtubie czy instrukcja w książce nie nauczy mnie tak jak drugi, żywy człowiek, który stoi obok i umie coś lepiej.

rozglądam się za takimi i nie przestanę.

Advertisements

Autor: basia

lekarka po macierzyńskim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s