to będzie tekst o jedzeniu i nie tylko

warzywaprzestałam jeść mięso jakieś trzy-cztery lata temu – nie pamiętam dokładnie. przejście na wegetarianizm – ba! początkowo na weganizm – było spowodowane lekturą książki „nowoczesne zasady odżywiania” t. colina campbella. była to pierwsza książka o odżywianiu jaką przeczytałam, pożyczona od koleżanki – bardzo wciągająca i dająca odpowiedź na wszystkie problemy współczesnego człowieka. wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tego typu książek jest więcej, każda mówi mniej więcej to samo: będziesz szczupły, energiczny i wesoły, a dawane przez nie rady wykluczają się nawzajem.

no dobra, otworzyłam lodówkę i pomyślałam: a co, jeśli rzeczywiście wszystkie pokarmy odzwierzęce są szkodliwe? a na półce wiadomo – szynka, ser, jajka i mleko w butelce. wywaliłam wszystko, odpaliłam internet i zaczęło się wielkie namaczanie strączków, kręcenie mlek roślinnych, odciskanie roślinnych twarożków przez gazę, blendowanie, mielenie, poszukiwanie produktów w wielkich marketach. muszę przyznać, że początkowo wpadłam w pewnego rodzaju zachwyt, który można by wyrazić mniej więcej słowami „och, dary ziemi” i dużo czasu spędziłam na rozmyślaniu jak wiele jest ciekawych i pożywnych roślin na świecie.

ostatecznie nie byłam weganką zbyt długo, może kilka tygodni, bo jednak żywienie się w ten sposób wymagało zbyt dużo pracy i planowania i było bardzo trudne w realizacji w podróży. poza tym bardzo lubię jajka. i kawę z krowim mlekiem. i, wbrew moim oczekiwaniom, nie stałam się nagle blada i chuda jak weganin z moich wyobrażeń. ale do mięsa już nie wróciłam.

jeśli jakiś bloger jest wege to zazwyczaj pisze post w stylu „10 wkurzających tekstów, które słyszą wegetarianie” i są to teksty typu: skąd bierzesz białko? to co ty jesz? a ryby? a mąż co na to?

i rzeczywiście – jak przestałam jeść mięso konsekwentnie i nie złamały mnie kiełbaski z ogniska, prosiak na weselu, obiad u teściowej ani sugestie, że moje dziecko się nie do końca rozwinie – okazało się, że częściej niż się można było spodziewać spotykałam agresję, żądanie tłumaczenia się i wykłady z dietetyki. w ogóle tego nie rozumiem, bo mnie nigdy nie denerwowało co tam ktoś je czy nie je, ale wydaje mi się, że jarosze jak polska długa i szeroka są wywoływani do udzielania odpowiedzi na wyżej wymienione pytania.

tymczasem przynajmniej w moim przypadku odpowiedź na pytanie dlaczego jestem wegetarianką nie jest wcale taka prosta. w przypadku mięsa nastąpiło w moim życiu coś, co nie udało mi się z żadnym innym produktem – mimo szczerych chęci wyeliminowania tego i owego z diety. po jakimś czasie zawsze się łamałam i włączałam niechciany składnik z powrotem do jadłospisu – rzadziej było to spowodowane jakąś przemożną chęcią, najczęściej po prostu nie chciałam robić zamieszania, sprawiać komuś przykrości, nie miałam dostępnego zamiennika. ale mięso przestałam jeść nagle i totalnie i myślę, że na obecnym etapie chyba nie przeszłoby mi przez gardło.

i oczywiście cieszę się, że nikt nie musi umierać, żebym mogła przygotować sobie posiłek, że nie jem zwierząt karmionych nie wiadomo czym, trzymanych w jakichś nieludzkich warunkach, że dzięki temu jem dużo rzeczy zdrowych i odżywczych, po które inaczej pewnie bym nie sięgnęła… ale myślę, że nie o to chodzi. myślę, że po lekturze tej książki po prostu przestałam musieć jeść mięso. że otworzyła się w mojej głowie furtka,  że można inaczej. że nie umrę, może nawet będę zdrowsza. myślę, że ja po prostu nigdy nie lubiłam mięsa. że mi ulżyło, kiedy dostałam do ręki argumenty pozwalające mi z niego zrezygnować.

ile jeszcze jest takich rzeczy, których nie lubię, a które jem bo „tak trzeba”? bo „nie urosnę”, „babcia będzie smutna”, bo „dzieci w afryce głodują”, bo „ziemniaczki dopiero jak zjesz mięsko”? ile produktów jem, bo były nagrodą za zjedzenie czegoś innego?

to, co mi się podoba w tym zestawie rodzicielstwo bliskości + metoda blw (czyli że niemowlak sam sobie je, co chce, podane w kawałkach) + wielopieluchowanie, który dostaje się w pakiecie chcąc nie chcąc, kiedy zakupi się pierwszą chustę, to właśnie pokazanie, że można inaczej. że można ulegać niemowlakowi w jego pragnieniu bliskości i to jest objaw miłości, a nie słabości. że nie trzeba kupować wózka, łóżeczka, pampersów jak wszyscy. że niemowlak nie musi jeść kaszki firmy nestle na śniadanie i dostawać butli na noc. że można karmić dziecko piersią kilka lat i to nie jest patologia i zboczenie. że dziecko może samo regulować co i kiedy zje. rodzicielstwo bliskości pozwala ci robić to, co chcesz, to, co czujesz, a nie to co „trzeba”. pewnie, że ten nurt ma pełno dziwnych przedstawicielek, agresywnych i radykalnych i że one są gotowe wprowadzić zaraz nowe „trzeba” i nowe „nie można”. pisałam już, że nie jestem fanatyczną wyznawczynią tych idei i mam do nich pewien dystans. ale wiecie co myślę? że czasem warto spotkać się nawet z najbardziej odjechaną eko-matką(taką jak ta), posłuchać, co ma do powiedzenia albo  pogadać z gościem, który stosuje jakąś ekstremalną metodę odżywiania się.

może się okazać, że ten dziwak da wam furtkę na ominięcie jakiegoś „trzeba” i potem będzie już wygodniej, prościej, bardziej „po mojemu”. albo nie, ale przynajmniej decyzja będzie bardziej świadoma, bo ze znaną alternatywą.

w każdym razie po tych trzech czy czterech latach raczej wszyscy się przyzwyczaili do mojego wegetarianizmu, nawet najbardziej oporni wpisywali potem w google „wegetariański pomysł na obiad”, jak chcieli mnie zaprosić. w gruncie rzeczy te „teksty, które słyszą wegetarianie” nie są takie wkurzające, jak się człowiek ich spodziewa. dziewczyny ze świata spania z dzieckiem w jednym łóżku, tulenia i cyckania bez ograniczeń też się nasłuchają, że „jeszcze karmisz?”, „nic już nie leci, sama woda”, „przyzwyczaisz dziecko i będziesz miała”. ale co tam, po czasie naprawdę to ustaje. na fejsbukowej grupie, w której wspieramy się w naszych wyborach dziewczyny często radzą, żeby nie przekonywać tylko oznajmiać: tak wybrałam. tak, jeszcze karmię. nie, nie zmuszam dziecka do jedzenia.

mam pewną wprawę w nierobieniu tego, co wszyscy. na przykład wybrałam sobie chłopa po tym, że jedyny na imprezie studenckiej nie pił alkoholu. nie wzięłam ślubu kościelnego. na moim weselu nie było tańców, wódki ani profesjonalnego fotografa.

lubię słuchać opowieści, jak ktoś zrobił czy robi coś inaczej. czym się kierował, co mu to daje. czasami są to jakieś dziwne filozofie z internetu, ale czasami okazuje się, że wow, można przestać jeść to okropne mięso i zamiast tego kupować dobre i ciekawe warzywa.

bo na świecie jest tyle smacznych, ciekawych i pożywnych roślin.

Reklamy

Autor: basia

lekarka po macierzyńskim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s