#czarnyprotest – pytania, wątpliwości, refleksje

abircjaw ostatnich dniach przeczytałam bardzo dużo na temat aborcji, od radykalnych pro-choice’owców (klik, a nawet bardziej tutaj – klik) po posty tomasza terlikowskiego na facebooku. sprzeciwiam się stanowczo każdemu, kto twierdzi, że jest to temat prosty, że wystarczy napisać „moja macica, moja sprawa” albo „chrońmy każde życie” i wydaje mu się, że to zamyka dyskusję. sprawa ta porusza mnie bardzo, jak zresztą inne dylematy bioetyczne jest trudna i bardzo skomplikowana.

jestem chrześcijanką

co za tym idzie, raczej nigdy nie będę rozważała przerwania zdrowej ciąży. odradzałabym to też mojej córce, siostrze, przyjaciółce. chciałabym je wesprzeć w chwilach takich rozważań i w późniejszym macierzyństwie. najbardziej bym chciała, żebyśmy nie musiały stawać przed takimi dylematami: nie były w ciąży z niewiadomo kim, nie zostały zgwałcone, nie dowiedziały się o wadzie płodu, żeby nasze życie  i zdrowie nie było zagrożone. warto jednak wspomnieć, że biblia nie nie odnosi się do tego tematu bezpośrednio, ale z różnych pośrednio związanych z tematem fragmentów można  wywnioskować, że człowiek już w życiu płodowym ma jakieś cechy, osobowość (np. jer 1:5), ale życie noszącej go kobiety ma większą wartość (np. księga wyjścia 21:22-23).

co w różnych skomplikowanych sytuacjach, w których trzeba wybierać czyje życie ratować czy stwierdzono u dziecka jakąś trudną wadę? oczywiście: nie wiadomo, bo biblia to nie podręcznik do ginekologii albo bioetyki. nie zajmuje się wszystkimi problemami moralnymi, jakie istnieją na świecie (zwłaszcza, że rozważane tu są po prostu bardzo współczesne).

co chcę podkreślić – bycie chrześcijaninem nie wyklucza posiadania wątpliwości. nie sprawia, że wszystko staje się proste i ma się jedyną słuszną odpowiedź na to wszystko.

jestem lekarką

myślę, że łatwo mówić, że każde życie trzeba ratować, jak się człowiek na tym nie zna i jego informacje są częściowe.

współczesna medycyna aż obfituje w rozmaite dylematy: ratować, nie ratować? reanimować czy dać umrzeć? pozwolić sprawom toczyć się swoim biegiem czy je ukrócić? to jeszcze osoba żywa czy już martwa? czy to ratowanie czy uporczywa terapia? czy to zaprzestanie leczenia czy eutanazja?

fajnie się o tym gada i rzuca radykalne sądy, ale nie jest już łatwo jak jest się z tym samym na dyżurze.

widziałam dziecko na intensywnej terapii i wiem, że źle się stało, że ktoś je wyreanimował kilka lat wcześniej – i mało kto, patrząc na to nieruchome, funkcjonujące dzięki drogiej aparaturze ciało bez żadnego kontaktu, pomyślałby inaczej.

jedna lekarka zajmująca się noworodkami opowiadała, że są dylematy, w których nikt lekarzowi nie pomaga. urodził się wcześniak w ciężkim stanie w 23 tygodniu – ratować/nie ratować? jaka jest granica? kiedy to ma jeszcze sens? ratować, żeby umarł po kilku miesiącach? żeby żył jako głęboko upośledzona umysłowo i ruchowo osoba? czy nie ratować i bić się z myślami: co by było gdyby…? ryzykować karierę, sprawę w sądzie? wiecie, co byście zrobili? ja nie.

i tak nad nami, lekarzami, za dużo czyha urzędników, prawników, śledząc nasz każdy krok, czekając na błąd. wypisując receptę musimy się zastanawiać na ile procent refundacji zasługuje nasz pacjent i czy mamy jak to potwierdzić w dokumentacji. jak przyjdzie kontrola z nfz i okaże się, że komuś coś źle wypisaliśmy (np. na 30% zamiast na 50%) – to my pokrywamy różnice. ile to rodzi absurdalnych posunięć to nawet nie będę pisała, ale uwierzcie, że wiele. oprócz tego kontroluje nas dyrektor szpitala, przychodni – czy nie za dużo badań? każdy pacjent może być potencjalnie naszym przeciwnikiem w sądzie, bo kiedyś, na dyżurze, w nocy, pomiędzy tym a tamtym pacjentem podjęliśmy decyzję taką a nie inną, a potem stało się coś złego i ktoś musi odpowiedzieć.

nie podoba mi się to, że zamiast się zastanawiać, co jest najlepsze dla pacjenta, musimy myśleć o tysiącu innych rzeczy. proponowana ustawa jeszcze to pogłębi, bo oprócz nfz, dyrektora, pacjenta, będzie jeszcze stał prokurator i patrzył na ręce ginekologów – a ta ciąża czemu obumarła, a nie można było tego zrobić inaczej? i tak sytuacje, w których trzeba dokonywać wyborów kto ma przeżyć, próbować operować dzieci w łonie matki, diagnozować ciężkie wady -są wystarczająco obciążające psychicznie, wizja więzienia po prostu uniemożliwia wykonywanie tego zawodu. nie zdziwiłabym się, gdyby pociągnęło to za sobą masowe zmiany specjalizacji czy emigrację ginekologów. kto by chciał tak pracować? (i tak naprawdę ten akapit to sedno – dlaczego wypowiedziałam się przeciw tej ustawie)

z drugiej strony: w ogóle to nie jest dla mnie dziwne, że niektórzy lekarze aborcji robić nie chcą. odmawiają, zasłaniają się klauzulą sumienia, odsyłają do innego szpitala. nie trzeba być zagorzałym katolikiem, żeby mieć moralne wątpliwości w tym temacie. co innego zresztą dać komuś tabletkę wczesnoporonną, a co innego uśmiercić 20tygodniowy płód z zespołem downa. ja bym nigdy nie chciała tego robić i rozumiem, że nie po to się zostaje lekarzem, nawet nie po to się zostaje ginekologiem.

jestem mamą

kiedy byłam w ciąży i jechaliśmy autem marek spytał, co bym chciała, żeby zrobiono, jakbyśmy mieli wypadek i trzeba by było wybierać, kogo ratować – mnie czy dziecko. no jasne, że mnie! chciałabym, żeby ewentualny ginekolog postawiony w tej sytuacji – może jakiś rezydent, co został sam na dyżurze i cała kariera przed nim – jednak się nie zawahał i mnie uratował, a nie wystraszył więzienia.

mimo tego, jednak nie rozumiem, jak można przedstawiać ciążę i macierzyństwo jako jakąś katastrofę, koniec życia, dziecko jako pasożyta, który nie dość że pomieszkuje 9 miesięcy w brzuchu to potem trzeba się nim jeszcze opiekować. nie chcę i nie umiem tak myśleć.

na początku napisałam, że namawiałabym przyjaciółkę, siostrę, córkę – żeby jednak urodziły, bo macierzyństwo jest piękne i może wnieść dużo dobrego do życia – nawet kiedy jest z jakiegoś powodu trudne. dziecko to taka duża porcja miłości, czułości, ktoś, dla kogo trzeba starać się być choć trochę lepszym człowiekiem, ktoś, dla kogo warto żyć.

nie będę krzyczała „moja macica, moja sprawa” – bo to też sprawa ojca dziecka i trochę sprawa tej istoty, która tam pomieszkuje – kimkolwiek/czymkolwiek jest. wierzę i chcę żeby miała jakieś prawa i zamknięcie jej drogi do stania się człowiekiem będzie jednak zawsze dramatyczne. radykalnych pro-choice’owców chyba nigdy nie zrozumiem.

byłam opiekunką osób niepełnosprawnych

dwa razy spędziłam część swoich wakacji na opiece nad osobami niepełnosprawnymi. przyjechanie do miejsca, gdzie jest dużo osób upośledzonych umysłowo i fizycznie sprawia tak przytłaczające wrażenie, że ma się ochotę stamtąd od razu uciec (co zresztą niektórzy robią). po kilku dniach można się przyzwyczaić, nawet ta sytuacja nabiera pewnego uroku.

poczyniłam wiele pouczających obserwacji podczas tych wyjazdów – np. taka, że osoby z zespołem downa należały do jednych z najmniej absorbujących uczestników. bo tak: umiały się same umyć, załatwić, zjeść; oni się lubią nawzajem, więc tworzyli swoje paczki, w których śmiali się, rysowali, słuchali disco polo. przede wszystkim przez większość czasu byli dość weseli, zadowoleni z życia albo zaaferowani relacjami między sobą.

według mnie, najciężej było opiekować się osobami z mózgowym porażeniem dziecięcym: całkowicie lub częściowo sparaliżowanymi, często świadomymi, depresyjnymi. myślę, że to prawdziwa tragedia patrzeć na swoje dziecko w takim stanie i nie móc mu pomóc. podczas ogniska słuchałam opowiadania jednego chłopaka o jego życiu i płakałam, bo to było tak smutne, że serce pękało i nie było na to zupełnie żadnego ratunku.

między tymi dwoma grupami było oczywiście całe spektrum różnych niepełnosprawności – od tylko ruchowych dysfunkcji moich kolegów, którzy są samodzielni, pracują, sami mieszkają, przez różne stopnie upośledzenia umysłowego przy całkowitej sprawności ruchowej, po ludzi bez kontaktu krzyczących coś niezrozumiałego. w przeważającej większości diagnozę można było postawić dopiero po urodzeniu.

wiecie, znam ich osobiście, mam ich w znajomych na facebooku, część z nich jest w moim wieku. jak się przełamie strach, okazuje się, że można cały wieczór przegadać z gościem z porażeniem czterokończynowym, a rzucająca się, krzycząca i gryząca dziewczyna uspokaja się i uśmiecha jak się ją głaska po plecach. jakoś pośród tego wszystkiego odnajdują się oni, ich rodziny. lubię ich, musiałam przeżyć śmierć niektórych, część odwiedziłam w domu.

czy lepiej byłoby, gdyby nie żyli? a kto to wie? w większości jednak ich rodzice ich kochają, ich życie jest inne, ale tak jak pisałam w przypadku argumentu o ratowaniu każdego życia – tu też im więcej danych, im bliżej się jest tym trudniej napisać jak powinno być.

pytania, jakie mi się nasuwają: ile z tych niepełnosprawności jesteśmy w stanie wykryć? oczywiście, mniejszość. czy w związku z tym jesteśmy gotowi, jako społeczeństwo, żeby osoby niepełnosprawne mimo wszystko, mimo starań, diagnostyki i aborcji się wśród nas pojawiały? czy jesteśmy gotowi na to, że życie przyniesie coś innego niż zaplanowaliśmy? dziecko, z niepełnosprawnością dużo cięższą niż zespół downa?

a jeśli nie – to co dalej? jak daleko nam do eugeniki?

a ty, co byś zrobiła?

dziwi mnie to absolutne przekonanie, jakie mają niektóre osoby, na temat tego, co by zrobiły, jakby zostały zgwałcone lub wykryto by ciężką wadę u ich dziecka.

ja nie wiem.

mam nadzieję, że nie będę musiała się dowiadywać.

być może myśl o noszeniu dziecka gwałciciela będzie dla mnie nie do zniesienia, a być może będę je chciała wychować i pokocham, bo to w końcu moje dziecko. być może będę chciała urodzić dziecko bez głowy, które na pewno umrze, a być może będę chciała przerwać tą patologiczną sytuację i mieć już to za sobą. to w żadnym wypadku nie są łatwe i oczywiste wybory. mam jakąś wizję tego, jak chciałabym się zachować, ale mam też na tyle pokory, żeby wiedzieć, że taka sytuacja może mnie przerosnąć.

jakieś sugestie?

ha, no pewnie. ja mam takie sugestie, żeby wszyscy ludzie uprawiali świadomy i bezpieczny seks (edukacja!), żeby środki antykoncepcyjne były tanie i dostępne, żeby tabletka „dzień po” była dostępna, a ofiarom gwałtu oferowana za darmo i automatycznie przy wizycie na izbie przyjęć. chciałabym, żeby ewentualne aborcje były dokonywane w jakichś specjalnych miejscach, w których pracowałby wyedukowany i świadomy (również w zakresie aspektów etycznych, prawnych) personel.

to jak ma wyglądać ta ustawa?

nie wiem, ale wiem, że sterowanie państwem nie polega na pisaniu radykalnych haseł na transparentach. wypisałam, co wiedziałam i chcę, żeby wynikało z tego jedno: to po prostu nie jest proste. wymaga regulacji, ale nie w ten sposób. niech się wypowie polskie towarzystwo ginekologiczne, neonatologiczne – ludzie, którzy wiedzą, z jakimi dylematami muszą się mierzyć na co dzień. trzeba przeanalizować statystyki – ile nielegalnych aborcji, ile aborcji polek za granicą, dowiedzieć się przyczyn, zapobiegać pojawianiu się niechcianych ciąż, poprawić dostępność świadczeń dla osób niepełnosprawnych itd. nie będę się wymądrzać, bo się na tym nie znam – chyba właśnie politycy powinni być od tego, żeby się znać.

ale się rozpisałam. a i tak wciąż za mało.

Advertisements

Autor: basia

lekarka po macierzyńskim

2 thoughts on “#czarnyprotest – pytania, wątpliwości, refleksje”

  1. Czytam sobie właśnie Twojego bloga i myślę, jak bliskie są mi Twoje słowa – niemal w każdym wpisie. Takie wyważone, refleksyjne. Wolisz pomyśleć, zastanowić się, rozważyć, niż zadeklarować z całą stanowczością, a potem tupać nóżkami. Zostaję tu na dłużej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s