sprzątanie, sprzątanie…

dobra, przyszła kryska na matyska (czyli na mnie) i zapragnęłam mieć porządek w domu. 

jako porządek rozumiem stan, w którym:

  • nie szukam przed wyjściem z domu przez 40 minut kluczy, portfela, słuchawek;
  • nie kupuję zamienników rzeczy, które są w domu, ale nie wiem gdzie, a szukanie ich mnie przerasta;
  • jak ktoś przyjdzie do mnie niespodziewanie to pomyśli: ok, tu toczy się normalne życie, a nie wytrzeszczy oczy, złapie się za głowę, a potem opowie komuś innemu, że „takiego bałaganu w życiu nie widział”;
  • zapowiedziana nieformalna wizyta kogokolwiek nie wiążę się z kilkugodzinnym doprowadzaniem mieszkania do stanu „w miarę”.

czy to zbyt wiele? chyba nie.

no dobrze – sprzątanie. nic trudnego, wydawać by się mogło. tymczasem okazało się, że ta czynność doprowadza mnie do rozpaczy, rwania włosów z głowy, napadów histerii itp. itd.

widzicie, nie jestem człowiekiem, który boi się wyzwań. wydaje mi się, że podejmowałam się w życiu nawet trudniejszych zadań, np. ekhm, skończyłam medycynę. nie przypominam sobie, żebym płakała zszywając komuś skórę na czole. czy podróżując sama po europie. czy tam inne rzeczy. chyba nawet odchudzanie jest lepsze niż sprzątanie.

właśnie, odchudzanie. jedna youtuberka, która na swoim kanale sprząta (tak, tak) porównywała odchudzanie i sprzątanie i mówi: „słuchajcie, to drugie jest tysiąc razy lepsze, bo sprzątasz godzinę i masz efekty, a odchudzać się musisz co najmniej miesiąc”.

heh, no pewnie. tylko ten kij ma dwa końce, bo jak się odchudzisz to chociaż, ja wiem, tydzień-dwa będziesz szczupły. tymczasem efekt sprzątania – przynajmniej u mnie, utrzymuje się… kilka godzin?

to, co naprawdę doprowadza mnie do rozpaczy, to właśnie krótkotrwałość efektu. powiedzmy, że poświęcam każdą drzemkę swojego dziecka na sprzątanie (sprzątanie przy obudzonym niemowlaku zostawię na inny prześmiewczy tekst) i jest w miarę czysto, po czym wieczorem dzwoni moja rodzina na skypie, a ja znowu nie mogę skierować kamery na podłogę (gdzie siedzi niemowlak), bo ta wygląda bardzo źle. i nie byłoby to takie frustrujące, gdybym nie sprzątała. ale sprzątam! nie mam chwili dla siebie! wkładam to ogromną ilość energii! i to nic! nie! daje!

a może jest tak, że nie potrafię sprzątać. nie potrafię utrzymać porządku. dlatego mnie to tak denerwuje, bo po prostu nikt mnie tego nie nauczył. nie mam pojęcia od czego zacząć, kręcę się w kółko i sprzątam od tego, co jest największym obciachem do tego, co jeszcze ujdzie, co – jak rozumiem, nie jest najlepszym kryterium. nie wiem też jak najlepiej poukładać rzeczy w domu, jak je przechowywać. zaskakująco, życie pokazuje, że praktyka nie czyni mistrza. można sprzątać i sprzątać i ciągle powielać te same błędy.

zapytałam więc na grupie świadomych pań domu (tak, tak) „dziewczyny, gdzie nauczyłyście się sprzątać?” a one mi na to: „nie wiem, po prostu sprzątam”, „a to trzeba umieć?”. ach, dzięki.

mówi o tym też marie kondo, która napisała książkę „magia sprzątania” (tak, tak!) – wszyscy rodzice wymagają od dzieci porządku, a nie pokazują im, jak to osiągnąć. potwierdza też to, że od samego sprzątania człowiek się nie stanie w tym lepszy. (jak zresztą w niczym! ludzie nie doskonalą się od samego powtarzania jakiejś czynności!)

generalnie ona (marie kondo) twierdzi, że ludzie mają za dużo rzeczy. trzeba wywalić wszystko, zostawić sobie malutko i bałagan już się nie będzie robił. przekonuje mnie ta koncepcja, bo minimalizm to coś, co zadrgało w mojej duszy od początku, jak tylko o nim usłyszałam. pasuje to do mnie. moda nie moda, wierzę, że to ma sens.

spędzam więc mnóstwo czasu na segregowaniu, wywalaniu, sprzedawaniu, oddawaniu swoich rzeczy. ale gruntowne porządki mają to do siebie, że efektu w ogóle nie widać. wchodzi się do mieszkania i jest jeszcze gorzej niż było.

ach, no i oglądałam ten program – „perfekcyjna pani domu”. w ogóle nie rozumiem, co on promuje. małgorzata rozenek każe ludziom odkurzać lampy, kontakty i rozkręcać piekarniki, żeby je umyć między szybkami. jaki to ma sens? po co to robić? komu to potrzebne? naprawdę uważam, że lampę można odkurzyć raz na tzw. ruski rok, który powinien wypadać mniej więcej co pięć lat, jak chce się tę lampę wymienić na inną. ten piekarnik to już w ogóle paranoja. ludzie, nie rozkręcajcie piekarników. nie odkurzajcie kontaktów!

w tym wszystkim pojawia się też myśl feministyczna. czemu to ja mam sprzątać, a on pracować. ja też bym wolała pracować. zresztą, do tego jestem przygotowana. żeby wdziać kitel i ratować ludzkie życie. jak oboje chodziliśmy do pracy to się tak nie przejmowałam, bo sobie myślałam: może mam bałagan, ale robię ważniejsze rzeczy. tradycyjny podział ról nie jest fajny.

a może to chodzi o dziecko. że obawiam się, że ktoś przyjdzie i pomyśli, że jestem złą matką. co tam, że poradniki, szkoły rodzenia i koleżanki radzą, żeby w połogu w odwiedziny przychodzili tylko ci, co chcą pomóc albo przynieść jedzenie. ja sprzątałam nawet w połogu. denerwuje mnie ta myśl, że ktoś przyjdzie i źle mnie oceni. co mnie to obchodzi? nie wiem, ale obchodzi. denerwuje mnie też, że o ojcu się aż tak źle nie myśli. jakby cały dzień siedział w domu z zadowolonym dzieckiem, w samym środku bałaganu, to wszyscy byliby zachwyceni, że sobie świetnie poradził. a może to tylko w mojej głowie? marek mówi, że chyba przez to siedzenie w domu straciłam perspektywę i zapomniałam, że sprzątanie to nie aż taka ważna rzecz w życiu.

i tak się miotam – od gruntownych porządków po powierzchowne, od czytania wszystkiego na temat sprzątania (efektowne tricki, pomysłowe lifehacki) po lajkowanie wszystkich wpisów na blogów namawiających do porzucenia sprzątania na zawsze, od sprzątania do pierwszej w nocy do niesprzątania tygodniami.

uda się? warto?

 

Reklamy

Autor: basia

lekarka po macierzyńskim

6 thoughts on “sprzątanie, sprzątanie…”

  1. Mnie też denerwuje, że się przejmuję co kto pomyśli o moim bałaganie, ale się jednak przejmuję, nawet jak ma przyjść gazownik, czy elektryk na moment i nie znam człowieka, to ogarniam, żeby jakoś wyglądało. Świetnie napisany tekst. Będę zaglądać. Pozdrawiam

    1. wierzę, że w końcu dojdę do jakiegoś stanu mieszkania i umysłu, w którym niespodziewana wizyta nie sprawi, że będę oblewać się potem. cieszę się z twojej obecności i komentarza! 🙂

  2. Basia, ja jestem taką osobą, która czyści kontakty! 😀 Natomiast moje standardy mocno się obniżyły, odkąd mam kota, bo, kurczę, wszędzie jest sierść. I w bloku na maksa się kurzy. Ale uznałam, że trudno, tak musi być 😉

    1. w sumie ja nie mam nic przeciwko temu, że ktoś sobie czyści kontakty, jak lubi 🙂 i w ogóle że ma porządek, że to dla niego ważne. tylko wkurza mnie, że program, który ma rzekomo promować dobrą organizację domu skupia się na czyszczeniu zakamarków, a nie na praktycznych poradach. ludzie biorą tydzien urlopu i w pocie czoła szykują się na test białej rękawiczki, a i tak za tydzień -dwa będą mieli bałagan, bo nikt ich nie uczy, jak do bałaganu nie wracać. i jak się popatrzy to wszystkie te mieszkania są masakrycznie zagracone 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s