kilka myśli o wyglądzie i dbaniu o siebie

ostatnio spała u mnie moja przyjaciółka (zażywająca obecnie urlopu macierzyńskiego) i widząc mnie wychodzącą do pracy powiedziała, że zazdrości mi tego założenia ładnych ubrań, wyprostowania włosów, pomalowania się. sama się z tego strojenia się cieszę o poranku, szczególnie po półtorarocznym okresie chodzenia w domowym outficie, składającym się z getrów w kropki lub kwiatki i t-shirtu kupionego na rzeczach używanych. odkąd chodzę do pracy oczywiście zwracam dużo większą uwagę na wygląd, bo moi koledzy z pracy i pacjenci to nie moja córka, dla której jeszcze przez co najmniej kilka lat ciągle będę piękna, niezależnie od stroju i makijażu. jednak to codzienne dbanie o siebie i obracanie się wokół innych, zadbanych kobiet skłania do pewnych refleksji.

na przykład: są chwile, kiedy czuję się bardzo dobrze w tym, w co się ubrałam, są też dni, kiedy zupełnie nie rozumiem przez resztę dnia, co mi przyświecało o poranku przy wyborze garderoby. nie należę do osób, które łatwo rozpoznają w czym wyglądają dobrze, a w czym niekorzystnie, chętnie korzystam z opinii innych w tym temacie i z całą pewnością zdarzają się mi urodowe wpadki.

są chwile – szczególnie kiedy czuję się niepewnie – w których robię kompulsywne zakupy ubraniowe albo umawiam się do pierwszego lepszego fryzjera na już. to te chwile, kiedy wewnętrzny krytyk zupełnie przejmuje kontrolę i nie widzi absolutnie żadnej możliwości, żeby następnego dnia skomponować coś z dostępnych możliwości.

oczywiście kluczowym elementem w myśleniu o wyglądzie jest liczba na wadze. ostatnio odkryłam zdumiewającego odkrycia, że szczupłe dziewczyny mają dokładnie ten sam sposób myślenia („ta waga jeszcze ok, ale przy 3 kilo więcej czuję się koszmarnie i nie mogę na siebie patrzeć”), poruszają się tylko w innych przedziałach liczbowych. strasznie mnie to zdenerwowało i przez kilka dni powtarzałam, że żyjemy w jakimś chorym świecie i nie będę się poddawać temu terrorowi, ale potem zważyłam się i popłakałam.

z tym terrorem jest jednak coś na rzeczy. to banał, ale to prawda: kobietom bardzo trudno jest ładnie wyglądać. umyte ciało i czyste ubranie nie wystarczą. myślę o tym rano, kiedy myję, suszę i prostuję włosy, żeby się ładniej układały, nakładam makijaż, wyrywam zbędne włoski z brwi. rezonuje we mnie jeden komentarz, który przeczytałam w internecie, a brzmiał on mniej więcej: „układam rano włosy przez dwadzieścia minut, a i tak zawsze mi coś odstaje”.

jestem jedną z niewielu kobiet w moim wieku z naturalnym kolorem włosów. jakiś czas temu kusiła mnie koloryzacja u jakiegoś fryzjera z wyobraźnią, ale ostatecznie uznałam, że nie jestem typem osoby, która dba o włosy, spędza godziny na ich pielęgnacji i pilnuje odrostów. potem przeczytałam wywiad z manuelą gretkowską w ‚wysokich obcasach extra’ i postanowiłam przynajmniej przez najbliższych kilka lat nie zmieniać koloru na głowie, nie dokładać sobie kolejnego obowiązku w dbaniu o swój wygląd, nie wydawać na to kolejnych pieniędzy, nie mieć kolejnego pretekstu do „wyglądam okropnie”, jak nie przyfarbuję odrostu na czas. podobne myślenie towarzyszy mi przy kwestii manicure hybrydowego albo sztucznych rzęs.

w ogóle myślę, że to jest straszne, co robi się w programach o metamorfozach, o wkładaniu szpilek zaniedbanym kobietom, nakładaniu im grubej warstwy makijażu, ścinaniu włosów do niewygodnej fryzury, której nie da się spiąć po przyjściu do domu. nie wiem jak inni ludzie, ale ja w zasadzie uważam, że mocny makijaż wygląda dobrze tylko na zdjęciach albo jakiejś imprezie, w pracy w świetle dziennym daje jakiś upiorny efekt, nie mówiąc o tym, że często według autorek metamorfoz kobieta powinna tak chodzić nawet do warzywniaka. jakoś to nie leży w mojej estetyce, to wciskanie się w bieliznę wyszczuplającą, zakładanie strojnych sukienek na co dzień, chodzenie w szpilkach na zakupy.

gdybym miała powiedzieć, jak chciałabym wyglądać  to jednak chciałabym być jedną z tych dziewczyn, które wyglądają dobrze w wygodnych ubraniach, w związanych luźno włosach i bez makijażu. to jest trudne, ale możliwe. wydaje mi się, że kluczową kwestią jest tu się wysypiać i być zadowolonym ze swojego życia.

poza tym w kwestii wyglądu nie jest jednak ważny ani dobór kolorów, ani staranna fryzura, ani wynik na wadze – kurczę, w zasadzie jest tak, że najbardziej liczy się mina. jak ktoś ma bystre spojrzenie i w miarę ogarniętą minę – jest dobrze. staram się o tym pamiętać, ale i tak przeciągam włosy prostownicą i nakładam kolczyki, jakby jednak mina nie wystarczyła.

fajnie by było, gdybyśmy miały/mieli zgodę na to, że nasze ciało pełni w różnych okresach różne funkcje, a wygląd jest konsekwencją stylu życia, jaki prowadzimy. chciałabym mieć zgodę na +10kg przy kolejnym dziecku, odstające kosmyki, rozstęp na brzuchu.

na razie nie mam, ale mogę przynajmniej o tym myśleć.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “kilka myśli o wyglądzie i dbaniu o siebie

  1. Przeczytałam kiedyś w internecie zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: ładnej kobiecie dobrze jest w prostych strojach i bez makijażu, przeciętna kobieta musi się nieco bardziej postarać, żeby osiągnąć podobnie satysfakcjonujący efekt. I niestety taka jest prawda, jak myślę. Malując wyrazistą kreskę na powiece i rozpuszczając długie włosy, odwracam uwagę od brzydkiej cery i generalnie mało rasowych rysów twarzy. Jednak na macierzyńskim odpuściłam sobie takie upiększacze i stawiam na minimum – byle było schludnie, nic nie krępowało ruchów i nie korciło Małego do pociągania za to (Czyt. zero biżuterii). Ale czy czuję się teraz ładna? Nie, nie czuję się. Tyle, że teraz jest to najmniej ważne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s